Rozmowa

Bieganie wyrazem buntu i terapią

Po wypadku, który zakończył beztroskie dzieciństwo, przez lata zmagał się z wykluczeniem i samotnością. Dopiero bieganie dało Dariuszowi Strychalskiemu poczucie sensu. Dziś maratony oraz ultramaratony są dla niego nie rywalizacją, lecz drogą do zachowania równowagi i wolności.

Jakim byłeś dzieckiem przed wypadkiem?
To pytanie najlepiej byłoby zadać moim rodzicom. Z tego, co sam pamiętam, byłem wszędzie i zawsze w ruchu, czyli typowe dziecko końcówki lat 70. i początku 80. Całe dnie spędzałem na podwórku, piłka, chowany, bieganie bez planu i bez zegarka. Nie było komputerów ani telefonów, mieliśmy ruch i wolność.

W wieku ośmiu lat Twoje życie nagle się zatrzymało. Co wydarzyło się tego dnia?
19 września 1983 roku, dzień przed moimi ósmymi urodzinami, wracałem ze szkoły. Chciałem skrócić sobie drogę i podjechałem autobusem. Przy przechodzeniu przez ulicę zostałem potrącony przez ciężarówkę. W jednej chwili wszystko się skończyło, a właściwie zaczęło od nowa.

Jakie były konsekwencje wypadku?
Byłem około dwóch miesięcy w śpiączce. Przeszedłem trzy trepanacje czaszki i dwie operacje oka. Do dziś mam niedowład prawostronny ręki i nogi. Lekarze walczyli o moje życie, a później przyszła kolejna walka, o codzienne funkcjonowanie.

Proces powrotu do sprawności był długi i trudny. Jak go wspominasz?
Po wyjściu ze szpitala musiałem uczyć się wszystkiego od nowa: chodzić, rozpoznawać przedmioty, funkcjonować w świecie. To była nauka cierpliwości, pokory i wytrwałości. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że te cechy kiedyś zaprowadzą mnie na linie startu ultramaratonów.

W jaki sposób ten wypadek wpłynął na Twoją psychikę?
Na początku byłem akceptowany, ale z czasem pojawiło się wyśmiewanie, wytykanie palcami, bójki. Coraz bardziej zamykałem się w sobie. Po przeprowadzce do Białegostoku moje życie stało się bardzo schematyczne: szkoła – dom, dom – szkoła. Ratunkiem były długie spacery z psem i wycieczki rowerowe. Ruch zawsze był gdzieś obok mnie.

Do biegania wróciłeś w 2000 roku. Jak to się zaczęło?
Bardzo zwyczajnie. Zepsuł mi się rower. Był październik, jesień, nie chciałem stracić formy, więc zacząłem marszobiegi. 3 km marszu, potem kilka odcinków po 500 metrów biegu i znów marsz. Było ciężko, ale robiłem to codziennie. Już po tygodniu biegałem 6–10 km. W niedzielę pojawiły się długie wybiegania — 16, potem 20, czasem 24 km. Biegałem wcześnie rano, żeby nie spotykać ludzi, żeby nie słyszeć śmiechu. Wielokrotnie mówiłem sobie: „to już ostatni raz”. I ten ostatni raz trwa do dziś.

Co dało CI bieganie w najtrudniejszym momencie życia?
Bieganie dało mi coś bezcennego, poczucie sprawczości. Pokazało mi, że mimo ograniczeń mogę decydować o sobie, stawiać cele i je realizować. To była moja terapia, cisza oraz bunt jednocześnie.

Obecnie startujesz w maratonach i ultramaratonach razem z osobami w pełni sprawnymi. Co Ciebie motywuje?
Biegam głównie na długich dystansach. Od maratonu w górę — im dłużej, tym lepiej. Paradoksalnie bardzo często zapominam, że jestem osobą z niepełnosprawnością. Na trasie liczy się tylko krok za krokiem. Nie rywalizuję z innymi — rywalizuję z własnymi słabościami.

Jak wygląda Twój standardowy harmonogram treningowy?
Trenowałem minimum siedem razy w tygodniu. W okresie przygotowawczym realizuję około 140–170 kilometrów tygodniowo, a w najbardziej intensywnych latach bywało nawet 200–250 kilometrów. Choć dziś wiem, że wiek uczy pokory. Obecnie leczę kontuzję, co traktuję jako część drogi, a nie przeszkodę. To czas, który uczy cierpliwości i jeszcze większego szacunku do własnego ciała. Biegam głównie po szutrach oraz leśnych ścieżkach. Miękkie podłoże, cisza i natura to moje środowisko. Bo bieganie to nie tylko kilometry, ale umiejętność zatrzymania się wtedy, gdy trzeba i ruszenia dalej, kiedy przychodzi właściwy moment.

Skąd wzięła się potrzeba dzielenia się tą historią poprzez fundację?
Fundacja była dla mnie naturalnym krokiem. Przez lata własnego życia przekonałem się, że nawet po najtrudniejszych doświadczeniach można odnaleźć sens, pasję i radość z codzienności. Chciałem pokazać innym, że ograniczenia nie muszą definiować przyszłości. Jeśli moja historia pomogła choć jednej osobie uwierzyć w siebie i zrobić pierwszy, często najtrudniejszy krok, to znaczy, że było warto.

Jakie są Twoje cele sportowe na 2026 rok?
Chcę dalej biegać. Długie dystanse, regularność, zdrowie. Dla mnie największym sukcesem nie jest medal ani wynik, ale fakt, że wciąż mogę wyjść na trening i cieszyć się ruchem.

Rozmawiał: Przemysław Schenk

fot. materiały prywatne

 

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz również
Close
Back to top button
X