Rozmowa

Jako dziecko nie znosiła WF-u, teraz zdobywa medale

Wróciła z Rumi ze złotym medalem w kat. wiekowej ME w duathlonie. Dla Olgi Janiszewskiej to dobre rozpoczęcie sezonu, gdzie czekają ją kolejne wyzwania sportowe.

W jakim nastroju wyjeżdżałaś z ostatnich ME w duathlonie w Rumi?
W bardzo dobrym, jestem zadowolona z zajętego miejsca. Mam też świadomość własnych  słabszych stron. Utwierdziłam się w przekonaniu, że warto trenować… strefy zmian. Tam można zgubić więcej czasu niż na biegu, a ja miałam wrażenie, że w strefie zdążyłabym zrobić pranie, kawę i może jeszcze zjeść batonika. Poza tym utwierdziłam się, że forma idzie w dobrą stronę, więc trzeba robić dalej swoje i nie kombinować za dużo. Staram się do wszystkich sukcesów podchodzić z pokorą, bo wiem, ile pracy stoi za każdą metą i nie wszystko w sporcie jest od nas zależne.

Startowałaś na dystansie sprinterskim, wygrywając w kategorii wiekowej. Jak wyglądał wyścig z Twojej perspektywy?
Stanęłam na starcie, patrzę, a to już meta. Choć nie ukrywam, że najbardziej w tym wszystkim wymagający był dojazd z Krakowa przez całą Polskę na te zawody, ale było warto. Było fajnie, poszło dobrze, ale to tylko jeden z wielu przystanków. Forma nie buduje się ani nie kończy na jednym weekendzie. Zbieram doświadczenia, poprawiam detale i jadę dalej z planem (czyli: trenować, jeść, spać – w tej kolejności).

Kiedy można ponownie spodziewać się Ciebie na starcie?
W drugiej połowie sezonu zaplanowałam 1/2IM w Krakowie. To trochę nie mój dystans – lepiej czuję się na krótszych, ale fakt, że impreza odbywa się w moim mieście, a pływanie na zaprzyjaźnionym Zakrzówku, sprawił, że się skusiłam. Do tego pewnie dorzucę kilka mniejszych startów, ale bez wielkiej spiny.

Jakie postawiłaś sobie cele na sezon?
Chciałam zmierzyć się z półmaratonem i już to zrobiłam (Półmaraton Warszawski). Nadal chcę się rozwijać w bieganiu, ale też spróbować więcej duathlonów. W triathlonie po pływaniu zazwyczaj jestem w środku stawki i muszę nadrabiać, natomiast duathlon pozwala mi zacząć od mocnego biegania. Poza tym przypadkiem wpadły mi trzy wyścigi kolarskie – potraktowałam je jako lekcję jazdy w grupie i sprawdzenie własnych możliwości.

Jak rozpoczęła się Twoja triathlonowa kariera?
W 2020 roku przyjaciółka powiedziała: „Biegasz i jeździsz na rowerze, to chodź na triathlon!” Więc poszłam sprawdzić, czy przepłynę 750 m – nie miałam pojęcia, ile to właściwie jest. Wtedy była pandemia, to raczej nie chodziło się na basem. Finalnie wystartowałam na dystansie olimpijskim. Dzień przed zawodami kupiłam używaną piankę i… od razu ją przetestowałam w jeziorze. Pływanie to była walka – zgubiłam tory, walczyłam o przetrwanie. Marzyłam tylko, żeby wsiąść na ukochany biały rower. Potem już tylko odliczałam do biegania – mojej najmocniejszej strony. Chyba do dziś tak mam: każda kolejna dyscyplina to moja silniejsza strona, więc… nie mogę się doczekać kolejnej zmiany.

Jak wspominasz triathlonowy debiut?
Z dużym uśmiechem i lekkim niedowierzaniem, że to się naprawdę wydarzyło! Nie utonęłam, nie spadłam z roweru i dobiegłam do mety, a potem z gracją godną świeżaka wczołgałam się na podium z ciężką statuetką w rękach. Te pierwsze starty miały swój urok. Nie miałam wobec siebie wielkich oczekiwań. Nie liczyłam każdej sekundy, bo nawet nie wiedziałam, czego można się po sobie spodziewać w bieganiu po pływaniu i rowerze. Była w tym pewna fajna wolność.

Czy przed triathlonem miałaś kontakt z innymi sportami?
Jako dziecko nie znosiłam WF-u. Czwartki były dla mnie „prawie weekendem”, bo już po WF-ie. W rodzinie żartowali, że pójdę na AWF, co brzmiało trochę jakby głuchego wysłać na Akademię Muzyczną. Choć to nie znaczy, że nie lubiłam sportu! Jeździłam na nartach, łyżwach, chodziłam w góry. W gimnazjum zaczęłam też chodzić na zajęcia fitness, które polecono mi przy problemach z kręgosłupem.

Jak wygląda Twój standardowy tydzień pod względem częstotliwości treningów z uwzględnieniem regeneracji?
Trening, praca, jedzenie – to też moja odpowiedź na pytanie „co słychać?”. Pierwszy trening zazwyczaj robię rano, ok. 6:30–7:00. Potem praca (często zdalna, co bardzo ułatwia logistykę), a po pracy – druga jednostka. Lubię tę rutynę. Mam pracę siedzącą, więc fizycznie odpoczywam. Jeśli chodzi o regenerację, to przede wszystkim stawiam na sen. Staram się kłaść wcześnie i wstawać bez budzika. W weekendy pozwalam sobie na treningi trochę później.

Jakie masz marzenia/cele długoterminowe związane z triathlonem?
Dla mnie sam trening jest celem. Starty są ważne, ale to tylko wisienka na torcie – potwierdzenie, że dobrze wykonałam robotę. Lubię to, co robię, i chcę móc trenować dalej. Żeby to było możliwe, muszę trenować mądrze – bez kontuzji. Od czterech lat udaje mi się to skutecznie i to jest mój największy sportowy cel: trenować długo, zdrowo i z radością.

Rozmawiał: Przemysław Schenk

fot. materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button
X