Jamajski styl w polskim wydaniu

Trafił do sportu poprzez nieudaną przygodę z muzyką. Z biegiem lat odnalazł swą drogę, przykuwając uwagę na trasach oryginalnymi kreacjami. Tak narodziła się postać Jamajczyka w wykonaniu Piotra Przysiwka.
Od dziecka jesteś związany ze sportem. Dlaczego wybór padł na lekkoatletykę oraz bieganie?
Trafiłem tutaj przez muzykę i śpiew. Gdy byłem dzieckiem, w wieku pięciu lat wydawało mi się, że potrafię ładnie śpiewać i mam słuch muzyczny. Dlatego razem z całą grupą przedszkolną trafiłem do szkoły muzycznej na przesłuchania. Po moim występie wśród komisji dobierającej dzieci według predyspozycji do różnych instrumentów zapanowała wymowna cisza i konsternacja. Przewodniczący podrapał się palcem po głowie i jeszcze raz zerknął w podstawowe informacje o mnie przekazane mu przez przedszkolankę. Westchnął, a potem powiedział: „a ty chłopczyku podobno też szybko biegasz?”, z wypiekami na twarzy skinąłem głową. A on na to: „to biegaj dalej”. Tak też zrobiłem. W wieku 9 lat trafiłem do profilowanej klasy sportowej. Trzy lata później przeniosłem się do klubu lekkoatletycznego MKS Orle na Pomorzu. Tam kontynuowałem to, co lubię najbardziej, czyli szybkie pokonywanie małych ilości kilometrów. Już w wieku 16 lat ta przygoda się skończyła. Był to mój wybór. To były trudne czasy, ponieważ oznaczały ważne wybory osobiste i to w obliczu olbrzymich możliwościach rozwoju w tzw. „wolnym świecie” wolnym dla nas Polaków. Świadomie zrezygnowałem ze sportu, można by rzec „zawodowego” i wybrałem naukę, studia za granicą, poznawanie kultur i ludzi z całego świata. Wykorzystałem szansę, którą dał mi los. Jestem mu za to do dzisiaj wdzięczny.
Jednak po latach wróciłeś do sportu. Pierwszy raz na zawodach triathlonowych pojawiłeś się w 2020 roku. W jakich okolicznościach?
Pierwszy mój triatlon był happeningiem. W okresie pandemii w 2020 roku, siedząc przed ekranem komputera, trafiłem na info o zawodach tri. Pomyślałem, że pojadę. Nie miałem co prawda kolarzówki, a tym bardziej roweru TT, ale moim celem była zabawa. Sport zawsze był dla mnie zabawą, zatem i teraz nią miał być. Wystartowałem w Sierakowie, jadąc na białej damce typu holenderskiego. Nigdy nie zapomnę tego aplauzu kibiców, ich uśmiechów oraz słów jednej z dziewczyn, którą mijałem na stromym podjeździe: „proszę nie osłabiaj mnie, ja ledwo ciągnę pod tę górkę na moim TREK-u, a ty na „tym” mnie mijasz”. Na mecie spotkałem kolegę z czasów studiów, Przemka Markowskiego, który był już zaawansowanym triathlonistą. Nie widzieliśmy się ponad 20 lat. Zachęcał mnie, abym zainteresował się tym sportem i tak się zaczęło. Zacząłem treningi. Ciągle z przymrużeniem oka, ale regularnie. Trening opieram też na zasadzie, że ma być przyjemnością, radością oraz spotkaniem siebie samego z własnym wnętrzem, z uśmiechem na twarzy.
-
Zobacz też: Rozczarowanie przepustką do wyzwań
Od tamtego czasu jesteś znany z oryginalnego podejścia do zawodów, przebierając się w różne postacie. Skąd taki pomysł?
Zawsze to lubiłem. Niekonwencjonalne stroje czy nakrycia głowy. Lubiłem, gdy ludzie widząc mnie, odrywają się od rzeczywistości. To też jest poszukiwanie samego siebie. Każdy z nas nosi w sobie wiele postaci, jesteśmy różni, zmieniamy się. Nasz ubiór często jest tego obrazem. Chcę w ten sposób zachęcić innych, żeby poszli tą drogą, traktowali rzeczywistość z większym luzem i poszukiwali optymalnych dla nich wersji samych siebie. Jeżeli nie poprzez przebranie, to przez codzienne aktywności. Przebranie ma dać impuls, być bodźcem do abstrakcyjnego myślenia.
Jaka była inspiracja do poszczególnych kreacji?
Byłem rzymskim gladiatorem, greckim wojownikiem, Indianinem, wikingiem, aż zostałem Jamajczykiem. Wszystkie kultury, które reprezentowałem, odgrywały istotną rolę w świecie, który poznawałem poprzez historię. Wywarły i wywierają na mnie duży wpływ. Czerpię z ich bogactwa kulturowego, ale przede wszystkim duchowego. Ciało jest tylko dodatkiem do ducha. To jego siła decyduje o naszej sile fizycznej i sprycie, tak potrzebnym w codziennym życiu, ale przede wszystkim sporcie.
Dlaczego akurat postać Jamajczyka stała się Twoim stałym punktem rozpoznawczym?
Zawodowo miałem przyjemność spotkać ludzi z całego świata. Nikt nie zrobił na mniej takiego wrażenia jak Karaibowie, a wśród nich Jamajczycy. Jamajka to kraj, w którym kocha się słońce, luz, uduchowione podejście do świata i ludzi. Uśmiech oraz radość wynikające z samego faktu istnienia. Sami Jamajczycy twierdzą, że mają najwięcej kościołów na świecie. Szanują kulturę i tradycję. Są uprzejmi, nawet w przypadku słabszego dnia. Szacunek dla innych jest wyznacznikiem poszanowania samego siebie. Według zasady” nie rób drugiemu co tobie nie miłe. To kraj wyspiarski, w którym mieszka wielu potomków Indian, nie tylko rdzennych Arawaków, ale plemion z Ameryki Środkowej i Południowej, są też Azjaci, oczywiście Afrykańczycy. Religią dominująca jest Chrześcijaństwo. Wiele jest cech, które nas łączą: duma, poczucie własnej tożsamości i chęci pokazania, że „mały”, jak chce, to potrafi!
-
Zajrzyj do: Rak nie zatrzymał jej na mecie
Z jakimi reakcjami spotykasz się na triathlonowych trasach poprzez tę kreację i podejście do triathlonu?
Reakcje, z którym spotykam się na trasach, są tylko pozytywne! Traktowany jestem jak kolorowy ptak. Spotykam się tylko z wyrazami sympatii. Uśmiech wraca uśmiechem. Na trasie wśród zawodników i kibiców słyszę pełne zachęty słowa: „dajesz Jamajczyk, dajesz” albo „na mecie będzie i tu padają słowa o paleniu pewnego zioła. Traktuję to ze szczególnym uśmiechem, ponieważ niewielu z krzyczących te słowa zapewne o tym wie, że na Jamajce jest ono faktycznie absolutnie legalne.
Wywodzisz się z lekkoatletyki, gdzie wielką postacią jest Usain Bolt. Czy on też był dla Ciebie inspiracją do tej wykreowanej postaci?
Usain Leo Bolt jest sportową oraz ludzką ikoną nie tylko Jamajki. Człowiek wygrywający z uśmiechem i luzem, często hamujący na „kracie” w pogardzie dla tykającego zegara, pewny swych umiejętności oraz przewagi, gdzie inni z grymasem bólu wykrzesują z siebie resztki sił i za każdą urwaną setną sekundy oddaliby życie. 11-krotny mistrz świata, 8-krotny mistrz olimpijski. Leo to lew, lew to mój znak zodiaku, zresztą on to też zodiakalny lew. Urodził się dzień po mnie, ale jedenaście lat później i to jedyne, w czym go wyprzedzam. Powiedział: trenowałem całe życie, żeby przebiec sobie 100 metrów poniżej 10 sekund. Zderzenie tego całego sportowego życia z tykającym zegarem, zatrzymującym się poniżej 10 sekund daje do myślenia, mi dało. Ulotny oraz tymczasowy jest świat, który nas otacza, a sam czas szybko mija.
-
Czytaj również: Tragiczny wypadek początkiem medalowej drogi
Przyznawałeś w innych wywiadach, że chciałby zostać honorowym ambasadorem Jamajki. Czy podjąłeś już kroki w tym kierunku?
Tak. To moje marzenie, a nie mam ich wiele, bo większość już się spełniła. Podjąłem pewne kroki, ale nie chcę zapeszać. Jak mówi mój Trener Janusz Pochranowicz: „Najpierw to zrób, a potem o tym powiedz”. Tego się trzymam.
Chciałbyś odwiedzić Jamajkę lub w przyszłości tam zamieszkać?
Z pewnością, to tylko kwestia czasu, choć myślę, że nie na stałe. W duszy jestem polski. Tęsknota za bliskimi, polskimi miejscami byłaby zbyt duża. Tu są moje korzenie. Za to nadaję się do funkcjonowania w kilku miejscach naraz. Ćwiczę to od kilkudziesięciu lat i daję sobie z tym znakomicie radę. Jeżeli zapuszczam gdzieś korzenie, to tylko duchem, ciałem ciągle się przemieszczam.
Triathlon na Jamajce dopiero raczkuje. Czy w przyszłości zamierzasz też kultywować tę dyscyplinę w tamtym kraju?
Tak, to jest myśl! Chciałbym to tam robić, choć znając siebie, na jamajskiej plaży w bezczynności długo nie wytrwam.
Rozmawiał: Przemysław Schenk
fot. materiały prywatne


(1).png)






