Rozmowa

Łobuz, który został mistrzem

Od najmłodszych lat musiał walczyć z przeciwnościami losu, z przeciwnikami oraz o największą stawkę, jaką jest życie. Mimo trudnej Rafał Jackiewicz zdołał zapisać się w historii polskiego boksu jako utytułowany zawodnik, choć mało kto w niego wierzył. 

Urodziłeś się i wychowałeś w Mińsku Mazowieckim. Nie znałeś ojca, który był alkoholikiem. Jak wyglądało Twoje dzieciństwo?

Mieszkałem w Mińsku Mazowieckim do dwunastego roku życia. Później się przeprowadziłem do Kołbieli. Tam mieszkałem do 24 roku życia. Jest to wieś między Warszawą a Mińskiem Mazowieckim. Moje dzieciństwo wyglądało tak jak większości dzieci w latach dziewięćdziesiątych, choć miałem mniej od innych. Wychowywałem się bez ojca, a moja mama była zajęta zapewnieniem nam bytu. Do tego mam starszego brata o pięć lat. Tak naprawdę wychowaliśmy się na podwórku. Często bawiliśmy się na wysypiskach śmieci, placach budowy, czy sadach. Wszystkiego uczyłem się samodzielnie, nie wiedząc nic o życiu. Robiłem, co chciałem i byłem nie do zatrzymania.

Co zadecydowało o tym, że kształciłeś się na cukiernika?

W wieku piętnastu lat zacząłem chodzić do szkoły zawodowej w Mińsku Mazowieckim, a to za sprawą mojej mamy. Kiedy skończyłem podstawówkę, to zapytała mnie o dalsze plany. Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na to pytanie, a ona chciała dla mnie jak najlepiej, dlatego myślała o technikum lub liceum, ale ja byłem do tego sceptycznie nastawiony. Więc zapytała, co lubię. Kiedy odpowiedziałem, że słodycze, to stwierdziła, żebym uczył się na cukiernika. W ten sposób poszedłem do szkoły zawodowej o tym profilu. Mama załatwiła mi też praktyki w Cukierni Janeczka. Trzy lata upłynęły mi na zmywaniu oraz czyszczeniu blach, a powód był prosty. Trafiłem do majstra, który nas terroryzował. Kiedy byliśmy niegrzeczni, to bił nas po rękach, choć ja mu się nie dałem. Dlatego kazał mi czyścić blachy. W ten sposób minęły mi trzy lata praktyk. W efekcie tego przystępowałem do egzaminu czeladniczego zupełnie nieprzygotowany. Podczas niego kazano mi piec ciasto francuskie, które należy do jednych z najtrudniejszych. Oczywiście to mi nie wyszło, aż ze zdenerwowania rzuciłem blachą z tym ciastem o ścianę. Wtedy przyszedł właściciel tej cukierni, gdzie odbywał mi egzamin i oświadczył, że nigdy u niego nie zdam. Więc mu odparłem, że poczekam, aż on umrze.

Udało się finalnie zdać ten egzamin?

Świadectwo ukończenia tej szkoły zawodowej mogłem odebrać dopiero po zdaniu tego egzaminu, więc czekało na mnie aż 10 lat. Wtedy mój kolega był egzaminatorem i udało mi się zdać ten egzamin, dzięki czemu mogłem odebrać świadectwo. Tak wyglądała moja historia z cukiernictwem. 

W tym samym czasie, co przystępowałeś do pierwszego egzaminu czeladniczego, to zacząłeś treningi kickboxingu. Dlaczego akurat padło na ten sport?

Kiedy w wieku 12 lat przeprowadziłem się do Kołbieli, to mój starszy brat uprawiał już kulturystykę oraz trenował boks i karate. Z powodu braku pieniędzy on sam zmajstrował worek treningowy z prezentu z trocinami w środku, który zawiesił w piwnicy. Na nim pokazywał mi pierwsze triki oraz kombinacje bokserskie. Do tego oglądałem filmy karate, gdzie podobały mi się kopnięcia. Aż nagrałem na kasetę najlepsze akcje i kombinacje kopnięć ze wszystkich ulubionych filmów, same sceny walki, z czego wyszło 3h. Najpierw to oglądałem, a potem schodziłem do piwnicy, próbując przekuć to na worek. Tak zacząłem samodzielnie trenować, a w wieku 15 lat w jednostce wojskowe w Mińsku Mazowieckim ogłoszono nabór do sekcji kickboxingu. Tam prowadził zajęcia Mirosław Kaczorek, brat cioteczny Marka Piotrowskiego. Na wielkiej hali sportowej trenowało 100-150 osób, ale z każdym tygodniem zostawało nas coraz mniej. Kiedy została nas garstka, przenieśliśmy się z treningami do świetlicy komisariatu w Mińsku Mazowieckim, ponieważ trener był również instruktorem policjantów. Trenowałem w tygodniu, aby później sprawdzać się w bójkach na weekendowych dyskotekach. Lubiłem się bić, bo wykorzystywałem nabyte umiejętności na treningach. Z tego względu, że byłem małym, chudym, pyskatym „szczurem”, to z reguły niewiele trzeba było, aby wywoływać tzw. solówki z miejscowymi oraz z osobami z okolicznych wiosek. Po takich walkach następnego dnia w barze witali się ze mną, stawiali piwo, a ja w ten sposób zbierałem szacunek w tym środowisku. Cieszyło mnie, że byłem tak traktowany, dlatego coraz więcej trenowałem i potem pokonywałem lepszych przeciwników, aby zdobywać większe uznanie. Po prostu to mnie nakręcało. 

Dlaczego z reguły wybierałeś większych od siebie w takich pojedynkach na dyskotekach?

Od zawsze byłem niedoceniany i pomijany, a zauważyłem, że im większego kozaka pokonywałem, to sam stawałem się kozakiem, przechodząc kolejne szczeble trudności. Ponadto w przypadku zagrożenia to lepiej funkcjonuję, jestem bardziej skoncentrowany, szybciej podejmuję decyzję itd. Po prostu lubiłem działać w takich warunkach. Natomiast muszę podkreślić, że nie biłem słabszych, mniejszych, tych, którzy nie chcieli się ze mną mierzyć, chyba że ktoś na to zasłużył lub czymś mnie skrzywdził. W takich wypadkach nie miały znaczenia warunki fizyczne przeciwnika. Śmiałem się, że jestem jak postać z Mortal Kombat, czyli „przyjmowałem” moc od pokonanych przeciwników. Za każdym razem, kiedy wybierałem tych lepszych, mocniejszych oraz największych, to na drugi dzień zyskiwałem większy rozgłos i szacunek.  

Która z tych bójek najbardziej zapadła Ci w pamięci?

Można powiedzieć, że przełomem było starcie z takim łobuzem Wojtkiem Rudna koło  Kołbieli. Był to największy i najsilniejszy mężczyzna, który miał ok. 40 lat. Wokół niego krążyła opinia  lokalnego kozaka wzbudzającego respekt. Nasze drogi skrzyżowały się w knajpie, przy stole bilardowym. Kiedy przyszedł wraz z kolegami, to nam jako młodszym kazał odejść, na co nie mogłem się zgodzić. Dlatego skończyło się na solówce. Pobiłem go samymi ciosami bez kopnięć, a sam nie miałem żadnego śladu na twarzy. Jedynie miałem rozwalone ręce. To była bójka, która dała mi większy rozgłos w tym środowisku, w okolicznych wioskach. Cieszyłem się z tego, ponieważ nie ukrywam, że od zawsze byłem atencjuszem. Miałem większych kolegów, ale to ja jako ten najmłodszy i najmniejszy wychodziłem do solówek, ale brałem też udział w grupowych bójkach. 

Sukcesywnie budowałeś własną historię na tych bójkach, ale jedno zdarzenie mogło się skończyć tragicznie. Mianowicie podczas jednej z takich starć w czerwcu 2002 zostałeś  ugodzony nożem prosto w serce. Proszę opisać okoliczności tamtego zdarzenia.

To było 8 czerwca 2002 roku w pierwsze urodziny mojego syna. Dlatego trwała impreza rodzinna. Wieczorem odstawiliśmy go do babci, aby z żoną dalej imprezować. Wiem, że to jest niewiarygodne, ale to w 100% prawda. Wychodzę z dyskoteki i patrzę, że przy samochodzie stoi jakiś facet, który mnie zaczepia, żebym kogoś zawołał. Odpowiedziałem mu w swoim stylu, co go sprowokowało i zaatakował mnie. Cała bójka skończyła się po trzech ciosach, prawdopodobnie wybiłem mu też dwa zęby. Po wszystkim odszedłem do własnego auta z żoną, gdzie jeszcze chwilę rozmawialiśmy. Potem postanowiliśmy wrócić jeszcze na dyskotekę, a przy wejściu stał ten mój pokonany przeciwnik. Pomyślałem, że uderzę go jeszcze raz, bo mnie zdenerwował. Dostał ode mnie kopnięcie mawashi geri na szczękę. Kiedy się podniósł, to wyjął nóż sprężynowy. Stałem od niego na odległość pół metra, ale jeszcze wtedy nie zdałem sobie sprawy z zagrożenia. Po lekkiej pyskówce z mojej strony ten mężczyzna ugodził mnie tym nożem prosto w serce. Poczułem, jakby mnie potrącił samochód. Kiedy popatrzyłem na ranę, to zobaczyłem dziurkę w klatce piersiowej. Pamiętam, że potem podniósł jeszcze raz nóż i powiedział, że teraz mnie dojedzie. Więc pod wpływem adrenaliny zacząłem uciekać wokół pobliskich garaży, jakieś 100 metrów. Potem wróciłem na tę dyskotekę. Ostatnie wspomnienie mam ze spotkania kolegów, którzy zobaczyli, w jakim jestem stanie, to od razu wpakowali mnie do auta i zawieźli do szpitala. Tam obudziłem się następnego dnia, kiedy odłączali mnie od respiratora podtrzymującego funkcje życiowe. Wtedy usłyszałem od lekarza, że jestem po udanej operacji serca i mam brać dwa głębsze wdechy i wydechy, żeby oddychać. Potem zostałem przeniesiony na intensywną terapię.

W szpitalu dowiedziałeś się od lekarzy, że nigdy nie wrócisz do sportu. Jaka była Twoja pierwsza reakcja?

Na drugi dzień odbył się obchód. Przyszedł do mnie główny lekarz wraz ze studentami. Oczywiście zażartowałem, żeby mnie szybko poskładać, ponieważ za tydzień miałem podpisaną walkę. Ten lekarz spojrzał na mnie z pełną powagą i stwierdził, że chyba nie zdaję sobie sprawy, w jakim byłem stanie. Ta operacja była na tyle poważna, jakbym przeszedł zawał. To oznacza, że nigdy nie wrócę do czynnego sportu. Kiedy usłyszałem te słowa, to byłem załamany, bo sport był dla mnie wszystkim i tylko z tego się utrzymywałem, poza drobnymi kradzieżami. Miałem też żonę oraz rocznego syna, którym musiałem zapewnić byt. W jednej chwili straciłem zdrowie i możliwość zarabiania. Jednak po chwili załamania stwierdziłem, że pokażę wszystkim, na co mnie stać. Dlatego przykładałem się do ćwiczenia polegającego na dmuchaniu w rurkę w szklance wody. To miało zwiększyć objętość płuc. Robiłem szybkie postępy. Miałem z tyłu głowy te słowa o braku szansy powrotu do sportu. Od zawsze cechowałem się nieustępliwością, zwłaszcza kiedy ktoś mi mówił, że czegoś nie dam rady zrobić. Wtedy robiłem wszystko, aby udowodnić, że są w błędzie. Finalnie na intensywnej terapii leżałem dziewięć dni. Po tym czasie chciałem sam się wypisać i wrócić do domu. Oczywiście cały personel był w szoku, w końcu przeszedłem operację na otwartym sercu. Dlatego starali się przekonać mnie o pozostaniu w szpitalu ze względu na mój stan. Po rozmowie z pielęgniarką zostałem jeden dzień, po czym kolega przyjechał po mnie i wróciłem do domu. Jeszcze przez kolejny miesiąc miałem praktycznie świeżą ranę po operacji.   

Co było dalej?

Miałem zalecenie od lekarza, żeby przez cały miesiąc nic nie robić oraz ograniczyć ruch. Po kolejnej kontroli okazało się, że wróciłem do zdrowia. Więc koledzy urządzili mi imprezę z okazji powrotu ze szpitala. Oczywiście napiłem się z nimi alkoholu. Następnego dnia oprócz kaca czułem ogromny ból serca. Wpadłem w panikę, że umieram, Dlatego zawieziono mnie do szpitala, ale na miejscu lekarz stwierdził, że nic się nie dzieje i po prostu mam wrócić do domu. Przebolałem tego kaca i kolejnego dnia zacząłem od lekkiej aktywności fizycznej. Dalej miałem tę świeżą bliznę pooperacyjną, a rzeczywistość była dla mnie zła. Musiałem stać na bramkach, aby mieć jakiekolwiek źródło dochodu, skoro nie walczyłem. Do tego dochodziły nielegalne interesy. 

Warto nadmienić, że pół roku po tym całym wydarzeniu wróciłeś do ringu i to w znakomitym stylu, zdobywając tytuł wicemistrza Polski w formule full contact. 

Zgadza się, przez pięć miesięcy przygotowywałem się do tych zawodów w kickboxingu. Tam stoczyłem trzy walki, z czego dwie wygrałem, ale do tej pory uważam, że w trzeciej też byłem lepszy, tylko zostałem oszukany przez sędziów. Mając w pamięci to, że jeszcze pół roku wcześniej leżałem w szpitalu po operacji na otwartym sercu, to czułem się zwycięzcą.  

Sytuacja z nożem nie była jedyna w Twoim życiu, kiedy otarłeś się o śmierć. 

Zgadza się, kiedy miałem ok. 18 lat, to przystawiono mi pistolet do głowy. Sytuacja rozegrała się podczas jednej z dyskotek w Kołbieli. Impreza odbywała się w remizie. W pewnej chwili kilku mężczyzn zaczęło zaczepiać mojego kolegę, więc stanąłem w jego obronie. Jeden z nich przystawił mi rewolwer do skroni. Mimo chwili obawy wytrąciłem mu rękę z bronią. Następnie stanąłem w rogu, aby nie narażać się na ataki zza pleców i odpychałem po kolei ich ataki. Po kilku minutach takiej bójki stwierdzili, że jestem za dobry i mogę odejść. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to była gazówka bez naboi. 

Przeżyłeś jeszcze porwanie. 

Tak, to było w 2000 roku. Wówczas byłem wpisany jako właściciel pubu, mając 23 lata, którym nieoficjalnie zarządzał mój kolega. Wówczas wraz ze znajomymi miałem szacunek w mieście, wszyscy bali się nas. W ten sposób zwróciliśmy na siebie uwagę innej groźnej ekipy, zorganizowanej grupy. Pewnego razu przyjechali i stwierdzili, że będziemy im płacić haracz. Oczywiście nie było mojej zgody. Zaproponowałem rozwiązanie siłowe jednemu z nich. Wtedy wyszli, ale wrócili następnego dnia w osiem osób (znałem czterech z nich), akurat podczas imprezy, na którą wynająłem lokal. Zaproponowali mi rozmowę przed budynkiem. Kiedy z nimi poszedłem, to po krótkiej wymianie kilku słów poczułem znienacka cios. Po utracie przytomności wciągnęli mnie do auta i wywieźli. Kiedy byliśmy w pobliskim lesie, to debatowali nad moim dalszym losem. W międzyczasie się ocknąłem i zaproponowałem im pojedynek, z każdym po kolei. W przypadku wygranej mieli mnie puścić, ale nie przystali na to. Ostatecznie wywieźli mnie 20 km od Mińska do opuszczonego domu. Związali mi ręce i  nogi. Istotne jest to, że wtedy była zima, więc przykryli mnie kocem oraz zostawili przy mnie jednego z nich, którego znałem. Cierpliwie czekałem, aż on zaśnie, rozwiązałem się też pod tym kocem. Kiedy nastąpił odpowiedni moment, to starałem się wymknąć, zabierając przy tym jego kurtkę. Niestety w porę się ocknął. Jedynie mu powiedziałem, że uciekam, bo chcę żyć. Starał się mnie uspokoić, że nic mi nie zrobią, ale nie wierzyłem w te słowa. W tym lesie przeszedłem chyba trzy kilometry, aż dotarłem do ulicy. Przy każdym nadjeżdżającym aucie chowałem się do rowu, obawiając się, że mogą mnie szukać. Kiedy doszedłem do zabudowań, to udało mi się zadzwonić po kolegów, podając orientacyjnie lokalizację. Czekałem na nich ok. 30 minut, aż przyjechali i wróciłem do domu.  

Cofnijmy się o kilka lat, kiedy zostałeś sierotą i musiałeś samotnie radzić sobie w życiu.

Dokładnie 20 stycznia 1997 roku zmarła moja mama na raka, przechodząc wcześniej dwie operacje. Zostałem sam, ponieważ nie znałem ojca, a mój starszy brat zatracił się w alkoholu. Przez pewny czas mieszkałem z nim oraz ojczymem, z którym miałem chłodne relacje. To była dla mnie nowa rzeczywistość, bo byłem nieprzygotowany do życia. Wówczas walczyłem w kickboxingu i miałem skromne stypendium. Nie mieliśmy na nic pieniędzy. Do tego po dwóch miesiącach po śmierci mamy startowałem w Pucharze Świata. Obiecałem jej, że wygram i ta obietnica ochroniła mnie przed kompletnym załamaniem. Na tamtych zawodach stoczyłem pięć walk, zgarniając Puchar Świata. Jednak po tym sukcesie znowu oddałem się imprezom, nie do końca radząc sobie z życiem. Po jednej z awantur, podczas której znokautowałem strażaka kopnięciem, zostałem zawieszony i wyrzucony z klubu na kilka miesięcy. Przez to nie startowałem przez dwa lata.  

Jednak w tym czasie pozostawałeś w treningu, ale też próbowałeś sił w piłce nożnej. Jak wspominasz tamten epizod? 

Grałem w takich klubach jak Sokół Kołbiel, Tęcza Piaseczno i Jutrzenka. Strzelałem po dwa lub trzy gole w każdym spotkaniu, choć nie brałem udziału w treningach. Wołali na mnie nawet Pele. Jednak kilkukrotnie byłem zawieszany za uderzenie przeciwnika itd. Natomiast najpoważniejszym incydentem było znokautowanie sędziego. Musiałem pojechać do wojewódzkiego oddziału PZPN, aby przeprosić za to zachowanie. Zagrożono mi, że jeśli powtórzy się taka sytuacja, to zostanę dożywotnio zdyskwalifikowany. Wtedy postanowiłem zrezygnować z piłki nożnej.

Po zawieszeniu wróciłeś do walk. Natomiast zaskoczyłeś świat sportu w 2008 roku. Wówczas wygrałeś walkę z Jacksonem Osei Bonsu, zdobywając tym samym pas European Boxing Union (jako drugi Polak w historii). Jak wspominasz tamten pojedynek?

Wówczas był trzecim zawodnikiem na świecie, mając 28 wygranych, z czego 23 przed czasem. Miał tylko jedną porażkę. Byłem skazywany na pożarcie, co nawet pokazywały kursy bukmacherskie. Pojedynek ze mną był jego piątą obroną. Sumiennie przygotowałem się do tego starcia wraz z płynnym zbiciem wagi, co zazwyczaj było moją zmorą. Zdawałem sobie sprawę, że jest mocnym zawodnikiem. Ostatecznie posłałem go na deski w szóstej rundzie, a na koniec wygrałem decyzją sędziów. Nie kryłem, że cieszyłem się z tego sukcesu. Po zdobyciu tytułu Mistrza Europy obroniłem ten pas z dwoma przeciwnikami o nieskazitelnych rekordach 25-0. Walczyłem też w eliminatorze o pas IBF. Niewątpliwie lata 2008-2010 były najlepszym okresem w mojej karierze bokserskiej. 

W Twojej bogatej karierze jest też krótki epizod w KSW w 2014 roku. Dlaczego wszedłeś do świata MMA?

Wówczas byłem na końcu mojej kariery zawodowej. Wiedziałem, że więcej nie da się ze mnie wycisnąć. Natomiast potrzebowałem pieniędzy, dlatego wpadłem na taki pomysł. Udało się dogadać walkę z Marcinem Parchetą. W międzyczasie dostałem propozycję walki o pas mistrza świata IBO w Niemczech. Więc przygotowywałem się do dwóch pojedynków, które dzielił tylko miesiąc. Takie rozproszone przygotowanie spowodowały, że w KSW przegrałem, zmagając się z urazami, a finalnie drugą walkę mi odwołano. 

W zawodowym boksie stoczyłeś 84 pojedynki (51-30-3), wygrałeś dwa Puchary Świata w kickboxingu, byłeś pretendentem do pasa IBF. Jesteś trzykrotnym mistrzem Europy EBU oraz byłym mistrzem Unii Europejskiej EBU w wadze półśredniej. Masz za sobą również szereg pojedynków w kickboxingu. Patrząc na całą sportową drogę, czujesz się spełnionym sportowcem? 

Tak, z prostej przyczyny, musiałem walczyć przez całe życie, zbijałem też do każdej walki ok. 12 kg, co było nie lada wyzwaniem. Nigdy nie ukrywałem, że jestem prostym chamem z remizy, który wychowywał się na ulicach Mińska Mazowieckiego, wiejskich zabawach w Kołbieli i okolicznych wioskach. Biłem się na imprezach pijany, a w ciągu tygodnia trenowałem. Musiałem innym udowadniać własną wartość, bo nie wróżono mi kariery przez moją trudną przeszłość. Wypracowywałem sobie szacunek, a zmagałem się z wieloma trudnościami. 

Obecnie stawiasz kroki jako trener, ale ostatnie lata też nie były łatwe.

Tak, prowadzę treningi w całodobowym klubie SFC24 Warszawa, którego właścicielem jest mój kolega. Dużo mu zawdzięczam, ponieważ przez pół roku tam mieszkałem, kiedy straciłem mieszkanie, pieniądze, a jeździłem starym samochodem. Obecnie sam trenuję oraz prowadzę treningi innym. Jeden z moich zawodników Marek Antosiewicz walczył na ostatniej Gromdzie, gdzie wygrał w pierwszej rundzie przez KO. Jest wychowankiem Marka Piotrowskiego, który nie ma już zdrowia do trenowania innych, dlatego ja go przejąłem. 

Na podstawie własnej drogi życiowej oraz sportowej, proszę podać jedną radę dla młodych adeptów sportu.

Przez całe życie słyszałem od wielu osób, że niczego nie osiągnę, bo jestem bandytą bijącym się na imprezach i skończę w więzieniu. Jednak udowodniłem, że mimo trudnej przeszłości wszystko jest możliwe, nawet w obliczu otarcia się o śmierć. Właśnie taką mam radę dla młodych sportowców, żeby nie słuchali takich głosów, tylko wierzyli w siebie, w dążeniu do zamierzonych celów. Ograniczenia są tylko w naszych głowach, które można przeskoczyć. 

Rozmawiał: Przemysław Schenk

fot. Rafał Jackiewicz FB

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz również
Close
Back to top button
X