Marzyła o Igrzyskach Olimpijskich, a wygrała walkę o życie

Justyna Korytkowska jest wielokrotną medalistką mistrzostw Polski w biegach długodystansowych. Przez lata walczyła o start na IO. Gdy była blisko spełnienia marzeń, jej karierę przerwały kontuzje, a później dramatyczna diagnoza.
Jesteś związana ze sportem od najmłodszych lat. Jak rozwijała się Twoja kariera w biegach na długich dystansach?
Zaczęłam jak prawie każde dziecko w „moich czasach” od Czwartków Lekkoatletycznych. Później trafiłam do pierwszego klubu, gdzie biegałam 400m i 800m. Jednak moim przeznaczeniem były i są biegi długie. Do klubu mojego obecnego męża i trenera trafiłam w 2004 roku i tak już zostałam. Ten czas okazał się dla mnie pełen sukcesów na dystansach 3000m, 3000m z przeszkodami, 5000m i 10 000m oraz w biegach ulicznych na 5 i 10km na Mistrzostwach Polski. Zdobyłam 23 medale MP, reprezentowałam Polskę na arenach międzynarodowych. Biłam rekordy województwa i Rekord Polski w biegu godzinnym.
Dlaczego to właśnie igrzyska olimpijskie były Twoim największym marzeniem?
Igrzyska Olimpijskie są marzeniem każdego sportowca. Stanowią unikalne wspomnienia na całe życie. To największe święto sportu i odbywa się co 4 lata, dlatego ranga tych zawodów wzrasta. Chciałam być częścią tego teamu. Trenowałam na to wiele lat, ale nie było mi to dane.
-
Zobacz też: Własne potrzeby jako sportowy priorytet
Jesteś wielokrotną medalistką mistrzostw Polski na 3000 metrów z przeszkodami, 50000 i 10 000 metrów oraz w biegach ulicznych na 5 i 10 km. Co uznajesz za największy sukces sportowy?
Każdy medal i osiągniecie to osobna historia. Każdy jest okupiony wyboistą drogą. Nic nie przychodziło mi łatwo, ale zawsze miałam ogromną determinację. Przypuszczam, że chciałam bardziej zdobywać te medale niż moje rywalki wtedy, a to dało sukces. Często zaczynałam trening w marcu, gdzie większość jest w reżimowym treningu, bo starty zaczynają się dla lekkoatletów w maju i trwają do listopada. Zawsze wierzyłam w siebie, walczyłam z czarnymi myślami i trenowałam. Więc każde osiągnięcie od Rekordu Polski w biegu godzinnym po złoto mistrzostw Polski na 5000m jest cenne.
Wielokrotnie byłaś bliska wyjazdu na IO np. do Rio i Londynu. Co stawało ostatecznie za każdym razem na przeszkodzie?
Kontuzje. To była moja zmora. Wszystko inne miałam zapewnione, wspaniałego trenera, talent, finanse, odżywki, zgrupowania, sprzęt, dzięki firmie PPB Prefbet Śniadowo i Sonarol Sp.j. Najda niczego mi nie brakowało. Zabrakło odrobiny szczęścia. Miałam ich ok. 32 w całej karierze. Mówię o takich poważnych, które wyłączały mnie z treningu często na kilka miesięcy. Drobnych urazów, kilkudniowych, nawet nie liczę. Przeszłam nowotwór, 8 ciężkich operacji pod narkozą. Przetrwałam i to jest najważniejsze.
-
Zajrzyj do: Triathlon jako droga do równowagi
Mimo tych problemów z kontuzjami starałaś się też o wyjazd do Tokio, ale tym razem na drodze stanęła poważna choroba. Jaka?
Śluzak rzekomy otrzewnej. Nowotwór to było druzgoczące doświadczenie. Nikomu nie życzę takiego bólu i stanu, w jakim się znajdowałam. Widział to mój mąż i dwie bliskie mi osoby. Marzenia o wyjeździe przestały być realne w miarę upływającego czasu, jaki został do igrzysk. Moje ciało nie weszło już na ten sam poziom rywalizacji. Pandemia ten okres przygotowań przedłużyła, ale ja już nie wróciłam do siebie.
Natomiast wszystko zaczęło się, z pozornego bólu brzucha. Jaka była Twoja pierwsza reakcja na diagnozę?
Ciężko to opisać. Nie rozumiałam, co do mnie mówią. To znaczy rozumiałam, ale nie chciałam przyjąć do wiadomości. Pamiętam pokój, do którego mnie zaprosili. Główny chirurg szpitala w Samedan (Szwajcaria), lekarz wspomagający i jeszcze jeden, którego nie pamiętam. Był mój mąż i nasza znajoma Polka, która na stałe mieszka w Szwajcarii. To ona poradziła nam jechać do szpitala. Słowa: mamy wynik histopatologii, to nowotwór, złośliwy, leczenie to rozcięcie brzucha od mostka po spojenie łonowe, chemioterapia itp. są czarną dziurą, do której spadasz mocniej z każdym wypowiedzianym słowem.
Jak wyglądał późniejszy proces leczenia?
W Polsce dostałam wspaniałą pomoc. W Szwajcarii to była operacja ratująca życie. Lekarze z Lublina przeprowadzili drugą najdłuższą operację trwającą ok. 6-7h z powodzeniem. Czas po był trudny nie do opisania. Byłam fizycznie wycięczona, chuda, 11 małych nacięć na brzuchu, sączki i samo ich uczucie w sobie sprawiało, że prawie nie mogłam się ruszać. Za to personel dawał radę, stawiali mnie na nogi. Jestem im bardzo wdzięczna. Obudziłam się i z nadzieją spojrzałam na brzuch, że nie ma rozcięcia w całości. Lekarze zrobili wszystko laparoskopowo. UDAŁO SIĘ! To było dla mnie bardzo ważne.
W czym odnajdywałaś motywację do walki o zdrowie?
Motywacja wtedy nie istniała. Uratowała mnie zadaniowość sportowca. Dążenie do celu. Szukałam tych lekarzy, dzwoniłam do szpitala, pytałam, nie ustępowałam, szukałam pomocy. Po prostu chciałam żyć.
Po jakim czasie od tych zabiegów udało się Tobie powrócić do biegania?
Nie pamiętam dokładnie. Operacja była na koniec lipca. Zajęło mi to kilka miesięcy, dbania o zdrowie, dietę, wzmocnienie się. A i tak byłam strasznie słaba. Pierwsze truchty z nogi na nogę były gdzieś pod koniec roku.
W jaki sposób ta choroba zmieniła Twoje podejście do życia i sportu?
Spisałam testament. Teraz muszę go tylko uaktualnić. Nic w życiu nie jest nam dane raz na zawsze. Zły czas minie, tak samo jak dobry. Przeszkody i porażki zawsze będą. To jest wpisane w życie oraz sport. Ważne jest to, jak one na nas wpłyną i w jak dużym stopniu pozwolimy im zostać w naszym życiu. Zauważam, że stałam się bardziej szorstka, bez emocji. To wszystko zostawiło we mnie piętno. Nie mogę tego ukryć, bo jest zbyt silne. Choć wielu sytuacji już nie pamiętam, to wiem, że moje marzenie o Igrzyskach Olimpijskich przez to się nie spełniło. Chciałabym, żeby była jasność, to nie jest żal. To stwierdzenie faktu. A żal był owszem, do Pana Boga i całego świata, ale już mi przeszło.
-
Przeczytaj też: Jamajski styl w polskim wydaniu
O czym obecnie marzy i do czego dąży Justyna Korytkowska?
To, czego nie osiągnęłam, sama chcę osiągnąć z zawodnikami. Przekuwam to w zaangażowanie na treningach, licząc na to, że wychowam w niedługim czasie wychowam biegacza, z którym na te Igrzyska pojadę. Angażuję się w cały proces treningowy zawodników w klubie. Daje im swoje doświadczenie, wiedzę, jak unikać kontuzji. Obserwuję, poprawiam błędy. Chcę zrobić doktorat z biomechaniki ruchu. To moja przyszłość.
Na podstawie własnej historii, jakiej rady udzieliłabyś czytelnikom?
Badajcie się regularnie. Zwłaszcza po 40 roku życia. Bądźcie dociekliwi, nie opierajcie się na diagnozie jednego lekarza. Świadomość i umiejętność bycia uważnym może uratować Wam życie.
Rozmawiał: Przemysław Schenk
fot. Aleksandra Szmigiel, Grzegorz Fabiszewski


(1).png)






