Rozmowa

Norseman. Na mecie zrozumiałem, że nie zrobiłem tego sam

3,8 kilometra pływania w zimnych wodach Hardangerfjordu, 180 kilometrów roweru przez norweskie góry i maraton kończący się wspinaczką na Gaustatoppen. Łącznie 226 kilometrów i ponad 5000 metrów przewyższenia. Norseman uchodzi za jeden z najbardziej wymagających triathlonów świata. W edycji 2026 Wojciech Knop zajął 98. miejsce, uzyskał czas 14 godzin 16 minut i 42 sekundy i zdobył upragnioną czarną koszulkę. Ale kiedy kilka dni później wrócił do Polski, zamiast kolejnego celu pojawiło się pytanie: „Co teraz?”.

Marcin Dybuk: Kiedy zaczynaliśmy rozmowę, powiedziałeś coś zaskakującego. Spełniłeś jedno z największych sportowych marzeń, ukończyłeś Norsemana, zdobyłeś czarną koszulkę, a kilka dni później pojawiło się poczucie pustki. Ale zanim do tego wrócimy – skąd w ogóle wziął się u Ciebie triathlon?

Wojciech Knop: Przez wiele lat byłem piłkarzem ręcznym. Grałem nawet na poziomie Superligi. W 2016 roku przeprowadziłem się za pracą do Warszawy i zostawiłem piłkę ręczną. Przez pierwszy rok szukałem dla siebie jakiejś sportowej alternatywy. Sport zawsze był dla mnie sposobem na rozładowanie emocji. W 2017 roku zacząłem biegać, a później mój przyjaciel Michał wspomniał o triathlonie. Zainteresowało mnie to i droga od biegania do triathlonu okazała się krótka.

Pierwszy triathlon zaliczyłeś w 2018 roku. Kiedy pojawił się Norseman?
Chyba już rok później. Zobaczyłem gdzieś film podsumowujący edycję Norseman z 2015 roku i wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Gdzieś wtedy we mnie zostało pragnienie, żeby kiedyś tam wystartować. Później zacząłem interesować się nim coraz bardziej. Od 2021 roku regularnie brałem udział w losowaniu miejsc, gdyż procedura dostania się na ten wyścig nie jest prosta – jest bardzo mało miejsc i kilka tysięcy chętnych. Paradoksalnie za ostatnim razem podchodziłem do niego chyba z najmniejszą wiarą, że się uda. I właśnie wtedy zostałem wylosowany.

Czyli po kilku latach pukania do drzwi nagle dostajesz informację: jedziesz do Norwegii.
Tak. I wtedy marzenie przestaje być marzeniem, a zaczyna być bardzo konkretnym zadaniem.

Norseman już przed startem potrafi przestraszyć?
Zdecydowanie. To ogromne wyzwanie logistyczne i organizacyjne. Mam tendencję do zostawiania pewnych rzeczy na ostatnią chwilę, więc mniej więcej miesiąc przed startem nagle okazało się, jak wiele trzeba jeszcze przygotować. Paradoksalnie dobrze mi to zrobiło, bo zamiast myśleć o samych zawodach, zajmowałem się logistyką.

A kiedy dotarliśmy do Norwegii, od razu poczułem, że to nie będzie zwykły triathlon. Sama Norwegia robi ogromne wrażenie – góry, jeziora, przełęcze, surowa natura. Do tego atmosfera w Eidfjord. Na co dzień mieszka tam niewiele osób, a nagle zjeżdżają zawodnicy i ich ekipy z całego świata.

Podczas odprawy pokazują film z poprzedniej edycji. Wszystko buduje dramaturgię. Pojawiają się komunikaty w rodzaju: „This is not for you”, „You are not prepared”. Patrzyłem na twarze innych zawodników i widziałem dokładnie to samo, co czułem sam: ekscytację wymieszaną ze strachem.

I kilka godzin później stoisz w środku nocy nad fiordem.
To był pierwszy moment, kiedy naprawdę mną wstrząsnęło. Szliśmy całą ekipą do strefy zmian. Było mokro, przeraźliwie ciemno i zimno. Czuło się chłód bijący od fiordu. Nagle zadałem sobie pytanie: „Co ja tutaj robię? Po co mi to?”. Łzy napłynęły mi do oczu. Naprawdę.

I wtedy bardzo pomogła mi żona. Powiedziała: „Poradzisz sobie. To tylko woda. Przepłyniesz i będzie dobrze”. To wystarczyło, żebym przeszedł z emocji w tryb zadaniowy.

A przecież najtrudniejsze dopiero było przed Tobą – prom i słynny skok do Hardangerfjordu.
Sam widok oświetlonego promu stojącego w kompletnych ciemnościach, między skałami, jeszcze zwiększa napięcie. Na prom wchodzą już tylko zawodnicy, więc trzeba pożegnać się z supportem. Jeszcze przez chwilę słyszałem ich okrzyki.

Na promie każdy radził sobie z emocjami inaczej. Większość siedziała w ciszy, patrząc w podłogę. Inni rozmawiali, śmiali się, jakby to był kolejny dzień w pracy. Jeszcze inni chodzili nerwowo po pokładzie. Ja zdecydowanie potrzebowałem wyciszenia dla koncentracji i odpowiednim skierowaniu myśli wyłącznie na sport, a nie masę obaw z nim związanych.

A później otwiera się rampa.
Stanąłem na jej krawędzi i byłem przerażony. Naprawdę trzęsły mi się nogi. Bardzo boję się ciemnej wody, a kiedy spojrzałem w tę głębię, powiedziałem do wolontariusza: „It’s fucking frightening”. Położył rękę na moich plecach. Poczułem lekki nacisk i pomyślałem: „Dobra, zaraz mnie popchnie”. Więc skoczyłem sam. Zamknąłem oczy. Nie chciałem widzieć tej ciemności pod wodą. Ale kiedy wypłynąłem na powierzchnię, wszystkie negatywne emocje nagle ze mnie zeszły. Zobaczyłem kajaki wyznaczające miejsce startu i zacząłem spokojnie w ich stronę płynąć.

Tyle że na start nie zdążyłeś.
Od promu do miejsca startu jest kilkaset metrów do dopłynięcia. Miałem na to jakieś 10 minut, ale trudno oszacować dystans w ciemności. Do linii startu brakowało mi jeszcze około stu metrów, kiedy usłyszałem syrenę z promu. Wiedziałem, co oznacza – wyścig  ruszył. Razem ze mną spóźniła się niemała grupa zawodników, której liczbę trudno było oszacować z poziomu wody. I wtedy strach zastąpiła złość. Pomyślałem: „Nie zdążyłeś na start? To teraz nadrabiaj”. Dla mnie pływanie jest najsłabszą konkurencją, a mimo to ruszyłem bardzo mocno.

Oficjalnie pływanie zajęło Ci 1 godzinę 28 minut. W wodzie było bardzo zimno.
Po godzinie naprawdę zaczyna się to czuć. Miałem neoprenowy czepek i skarpety i to była świetna decyzja. Kiedy wychodziłem z wody, byłem potwornie zmarznięty i miałem zawroty głowy. Wtedy mogła już dołączyć do mnie żona. Wzięła mnie pod ramię i chyba właśnie wtedy pierwszy raz poczułem: „Dobra, jestem w bezpiecznych rękach”.

Koce, ręczniki, ogrzanie, przebranie. Normalnie w triathlonie staram się robić zmianę jak najszybciej. Tutaj nie miało to sensu. Trzeba było najpierw doprowadzić organizm do stanu, w którym można bezpiecznie ruszyć dalej.

I zaczęło się 180 kilometrów roweru z ponad trzema tysiącami metrów przewyższenia.
Poprosiłem wcześniej support, żeby nie mówił mi, które zajmuję miejsce i czy mam szansę na czarną koszulkę. Nie chciałem, żeby ambicja spowodowała, że zagotuję się na rowerze i zniszczę nogi przed maratonem.

Miałem określone przez trenera wartości mocy i pilnowałem ich. Powtarzałem sobie zasadę, że zawody można przegrać na rowerze, a wygrać na biegu. A bieganie jest moją najmocniejszą stroną.

Pierwszy podjazd to mniej więcej trzydzieści kilometrów wspinania.
I momentami co najmniej 15 procent nachylenia. Jest ciężko, ale po lodowatym pływaniu miało to jedną zaletę – wreszcie się rozgrzałem.

A wokół widoki były fenomenalne. Wodospady, rzeki, góry, tunele. Dwa razy zjechałem bliżej krawędzi tylko po to, żeby spojrzeć w dół. Chciałem z tego startu również coś zapamiętać, a nie tylko patrzeć w licznik.

Tyle że po podjazdach przychodzą zjazdy.
I tu dostałem kolejną lekcję Norsemana. Nie doceniłem różnicy temperatur. Na płaskowyżu Hardangervidda było znacznie chłodniej, a kiedy jedziesz 50, 60 czy 70 kilometrów na godzinę, wiatr potęguje zimno. Trząsłem się tak mocno, że miałem problemy ze zmianą biegów.

Do tego trasa nie jest całkowicie wyłączona z ruchu. Są samochody supportów, są inni kierowcy. Przy dużych prędkościach trzeba zachować ogromną koncentrację. W pewnym momencie na nierówności dosłownie wyskoczyłem na rowerze czasowym. To nie jest sytuacja, której chciałbyś doświadczyć przy takiej prędkości.

A support cały czas był gdzieś obok.
I to zmienia wszystko. Agnieszka, Krzysztof i Michał byli świetnie zorganizowani. Jedna osoba stała wcześniej, pytała, czego potrzebuję, przekazywała informację dalej i kilkadziesiąt metrów później dostawałem dokładnie to, o co poprosiłem.

Czasami wystarczało, że ich widziałem. Krzyczeli, dopingowali, pilnowali, żebym nie przesadzał z tempem. Masz poczucie, że ktoś cały czas nad tobą czuwa – pilnuje tempa, dba o odżywianie i nawadnianie, całym sobą wspiera tylko Ciebie.

To był mój siódmy pełny dystans, ale chyba dopiero Norseman naprawdę pokazał mi, jak bardzo triathlon może być sportem zespołowym.

Rower zrobiłeś w 7 godzin 9 minut. Potem zostaje Ci „tylko” maraton.
Dokładnie tak pomyślałem! Zsiadłem z roweru i powiedziałem sobie: „Dobra, teraz już tylko maraton”. Brzmi absurdalnie, ale bieganie jest dla mnie czymś najbardziej przewidywalnym. Nie złapiesz gumy, nie zepsuje się rower, nie wpadniesz w dziurę. Zostajesz ty, twoje nogi i twoja głowa.

Pierwsza część biegu jest stosunkowo płaska. Po kilku kilometrach zapytałem support, które zajmuję miejsce. Usłyszałem, że jestem około 130. pozycji. I wtedy wiedziałem, że czarna koszulka jest w zasięgu.

Czyli dopiero wtedy zaczęło się ściganie?
Trochę tak. Noga dobrze podawała, biegłem mniej więcej po pięć minut na kilometr. Support mnie hamował: „Zwolnij, zostaw coś na później”. A ja odpowiadałem: „Po co? Później wszyscy też będą zmęczeni”.

Około osiemnastego kilometra przyszedł pierwszy kryzys. I wtedy zobaczyłem Gaustatoppen – górę, na której była meta. Była pięknie oświetlona, bez chmur. Kiedy widzisz miejsce, do którego masz dotrzeć, pojawia się dodatkowa energia.

Tyle że pomiędzy Tobą a szczytem jest jeszcze słynny Zombie Hill.
To długie i bardzo strome podejście. Większość zawodników przechodzi tam z biegu w szybki marsz. W pewnym momencie dołączyła do mnie żona, gdyż potrzebowałem wsparcia mentalnego, by oderwać się na chwilę i porozmawiać. Szliśmy razem może kilometr, może dwa czy trzy. To było niezwykle ważne. Nagle przestałem być sam ze swoim zmęczeniem. Mogłem z nią porozmawiać, oderwać głowę od zawodów. Do tej pory nie za bardzo pamiętam o czym rozmawialiśmy, ale za to pamiętam jak wewnętrznie urosłem, nabrałem chęci i woli, by jednak przyśpieszyć.

Później przez kilka kilometrów szedłem z Brytyjczykiem. Rozmawialiśmy, wymienialiśmy doświadczenia. I to jest coś, co bardzo lubię w zawodach górskich i ekstremalnych. Atmosfera jest zupełnie inna niż podczas klasycznego triathlonu. Ludzie nie patrzą na siebie jak na wrogów. Jest dużo życzliwości i wzajemnego wsparcia, każdy walczy wyłącznie z samym sobą.

Spotkałem też Mirka, drugiego Polaka. Szliśmy kawałek razem, poznaliśmy się kilka kilometrów wcześniej, więc teraz była okazja by dłużej porozmawiać. W pewnym momencie poczułem kolejne uderzenie energii i przyspieszyłem.

Bo przed Tobą było Stavsro – 37. kilometr i punkt, który decyduje o wszystkim.
Tak. To miejsce, w którym dowiadujesz się, czy możesz iść dalej na Gaustatoppen. Pierwszych 160 zawodników otrzymuje możliwość ukończenia zawodów na szczycie i zdobycia czarnej koszulki. Pozostali kończą pełny dystans zbiegiem w dół i otrzymują białą koszulkę.

Kiedy dotarłem do Stavsro i zobaczyłem swoją ekipę, była ogromna radość. Wiedziałem już, że mam czarną koszulkę, ja pozwoliłem sobie na chwilę celebracji, ale mój Zespół był skoncentrowany na zapewnieniu wyposażenia i najszybszym ruszeniu na szczyt.

Zmieniłem buty asfaltowe na trailowe, założyłem cieplejsze rzeczy. Organizatorzy dokładnie sprawdzili obowiązkowe wyposażenie – ciepłą odzież, jedzenie, picie – i razem z dwoma członkami supportu ruszyliśmy na szczyt.

I wtedy można już świętować?
Jeszcze nie. Ostatnie kilometry są bardzo trudne. Kamienie, nierówne podłoże, coraz większe zmęczenie. Im wyżej, tym zimniej i mocniej wieje. Przestałem mieć ochotę na żele i praktycznie przestałem dostarczać odpowiednią liczbę kalorii. Zacząłem słabnąć.

Ale kiedy zobaczyliśmy metę, energia wróciła. Poprosiłem żonę o polską flagę. Chciałem z nią przekroczyć linię mety.

Na wysokości około 1880 metrów. Pamiętasz ten moment?
Bardzo dokładnie. I to jest wyjątkowe, bo wielu swoich wcześniejszych met właściwie nie pamiętam. A tę pamiętam niemal klatka po klatce. Uśmiechy, uściski z żoną, z przyjacielem, flagę. I wtedy dotarła do mnie jeszcze jedna rzecz. To nie była moja wygrana.

Dlaczego?
Bo Norsemana nie zrobiłem sam. Na tę górę dotarła cała nasza ekipa. Bez właściwego supportu zawodnik praktycznie nie ma szans zrealizować tego celu. Ci ludzie karmią cię, poją, wożą rzeczy, obserwują, czy wszystko z tobą w porządku, kontrolują tempo, wspierają mentalnie. Są z tobą kilkanaście godzin. Musisz mieć do nich takie zaufanie, że właściwie powierzasz im swoje zdrowie.

Wtedy na szczycie pomyślałem, że Norsemanem nie jestem tylko ja. Norsemanem byliśmy wszyscy.

I wracamy do początku naszej rozmowy. Osiągasz cel, o którym myślałeś przez kilka lat. Jest euforia. Wracasz do Polski i… pojawia się pustka.
Poczułem ją mniej więcej trzy dni po zawodach. Zaczęliśmy z żoną zastanawiać się nad kolejnymi startami, przeglądać imprezy i nagle pomyślałem: „No dobrze, ale co teraz?”.

Norseman przez lata był głównym celem, może gdzieś tam w tyle głowy, odległym, ale gdzieś tam zawsze był w tle. Czymś trudnym do osiągnięcia już na etapie samego dostania się na listę startową. Cały czas jednak gdzieś do niego zmierzałem i zastanawiałem się jak zrealizować to marzenie.

A teraz został zrealizowany. I trzeba znaleźć coś, co ponownie uruchomi podobną pasję, determinację i ciekawość.

Masz już pomysł?
Przyjaciele mówią o Patagonii, o Patagonmanie. Może to będzie ten kierunek. Ale jeszcze tego nie wiem, gdyż to drugi koniec świata, ogromne wyzwanie kosztowe, logistyczne, ale też bardzo trudne sportowo.

Muszę się zastanowić, czy chcę dalej iść w stronę ekstremalnych, górskich triathlonów, klasycznych Ironmanów, ultra, czy może lokalnych zawodów. Potrzebuję czegoś, co znowu mnie zaintryguje, zmotywuje, doda pierwiastek ekscytacji i będzie prawdziwym wyzwaniem.

Przygotowywałeś się do Norsemana, mieszkając i trenując głównie w Warszawie. Można przygotować się na ponad trzy tysiące metrów przewyższenia na rowerze i bardzo wymagający górski maraton, mieszkając na Mazowszu?

Sam miałem co do tego wątpliwości. Od końca 2022 roku trenuję pod okiem trenerów z IM Inspiration. Początkowo byłem pełen obaw, bo wcześniej trenowałem w klubie, miałem bezpośredni kontakt z trenerem i innymi zawodnikami. Tutaj trening jest właściwie samodzielny, a komunikacja odbywa się przez aplikację. Ale już w pierwszym sezonie zobaczyłem bardzo duży progres, ale też bardzo dobrą komunikację i indywidualne podejście. Treningi są dopasowywane do moich celów i startów z uwzględnieniem cyklicznych wyników testów.

Mój kalendarz jest bardzo różnorodny. Oprócz triathlonów startuję w maratonach i ultramaratonach górskich, ale konsultuję planowane starty, które są uwzględniane w moim planie treningowym. Moje cele są różne, ale pomimo tego, że na co dzień w Warszawie właściwie nie mam gdzie trenować długich podjazdów, czy podbiegów, to opracowany plan przygotował mnie do wszystkich moich „niepłaskich” startów. Dlatego też podczas Norsemana nie czułem, że organizm nie jest przygotowany do przewyższeń.

Czyli fizycznie byłeś spokojny?
Tak. Fizycznie czułem się przygotowany bardzo dobrze. Po dotarciu na metę byłem w stanie samodzielnie dotrzeć do samochodu, kilka dni po starcie nie odczuwałem jakiegoś wyjątkowo zmęczenia, a po 7 dniach wróciłem do lekkich treningów. Większe obawy miałem ze stroną mentalną.. 

Bałem się ciemnej wody. Zimna. Tego, jak zareaguję na skok z promu. Czy nie przestraszę się na tyle, że coś we mnie pęknie. 

I chyba właśnie dlatego ten moment przed startem był dla mnie tak trudny i dlatego tak się go obawiałem. Moja żona to doskonale podsumowała po starcie – zdobyte doświadczenie nie ułatwia startów, a potęguje świadomość zagrożeń. Zdecydowanie z tym się mierzyłem przed startem. 

Czternaście godzin, szesnaście minut i czterdzieści dwie sekundy. Dziewięćdziesiąte ósme miejsce. Czarna koszulka. Czego przede wszystkim nauczył Cię Norseman?
Że możesz przygotowywać się miesiącami, trenować, analizować waty, tempo i żywienie, ale w pewnym momencie i tak zostajesz ze swoim strachem. Musisz zrobić krok do przodu i skoczyć. A później odkrywasz, że wcale nie jesteś sam, a jeśli masz wokół wspaniałych ludzi, to jesteś w stanie pokonać każdą przeszkodę – zarówno fizyczną, jak i mentalną. Zdecydowanie to zostanie ze mną z Norsemana najmocniej.

Rozmawiał Marcin Dybuk
foto archiwum prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button
X