Od najszybszego na dzielnicy do rekordu Guinnessa

Zaczynał od sprintów, a dziś ma na koncie setki maratonów, ekstremalne ultra i rekord Guinnessa. Po kilkudziesięciu latach marzeń i konsekwentnej pracy Artur Kujawiński przebiegł całą Portugalię z północy na południe. Nie spoczął na laurach i planuje kolejne ekstremalne wyzwania.
Przejawiałeś predyspozycje szybkościowe już w dzieciństwie, będąc najszybszym na dzielnicy. Czy już wtedy interesowałeś się sportem?
Tak. Od najmłodszych lat z zapałem oglądałem transmisje z Igrzysk Olimpijskich. Marzyłem, by zostać sportowcem. W zasadzie prócz ścigania się w szkole czy na podwórku pierwsza rywalizacja z rówieśnikami nastąpiła już w wieku około 8 lat na obozach harcerskich. Na nich odbywały się zawody m.in. w konkurencjach sprinterskich. Rywalizowałem nie tylko z polskimi rówieśnikami, ale również z dziećmi z Niemiec i z Czech. Wtedy zauważyłem, że jestem znacznie szybszy od rówieśników. To pobudziło moją wyobraźnię, że mam w jakimś stopniu talent. Nie wiedziałem jednak, jak zostać sportowcem i jak zapisać się do klubu, bo w mojej rodzinie nie było tradycji sportowych. Musiałem czekać aż do 14 roku życia, gdy do nowej szkoły przyszedł nauczyciel, były sprinter Andrzej Bakulin, który założył sekcję lekkoatletyczną MKS MOS POZNAŃ. Było to 35 lat temu. Do dzisiaj biegam, ale już na dłuższych dystansach.
Przełom nastąpił w wieku 15 lat, kiedy dostałeś od rodziców Księgę Rekordów Guinnessa. Co Cię w niej zafascynowało?
Zafascynowały mnie wyczyny ludzi w różnych kategoriach i dyscyplinach sportowych. Zastanawiałem się, co mógłbym zrobić, by znaleźć się w tej księdze. Księga Guinnessa pobudziła moją wyobraźnię, choć przyznam, że na wiele lat o tym trochę zapomniałem. Być może musiałem do tego dojrzeć lub rozwinąć na tyle swoją pasję i zdobyć doświadczenie, by właśnie dokonać czegoś, czego nikt jeszcze nie zrobił. Czegoś wyjątkowego, godnego wpisu do Księgi Rekordów Guinnessa. Procedura jest skomplikowana i czasochłonna, poczynając od zatwierdzenia podjęcia próby, poprzez realizację aż do zebrania dowodów oraz zatwierdzenia ich przez komisję znajdującą się w Wielkiej Brytanii. Mimo tego moja wytrwałość, pracowitość i dążenie do celu zostały wynagrodzone oraz docenione poprzez zatwierdzenie rekordu.
-
Zajrzyj do: Tragiczny wypadek początkiem medalowej drogi
Jakie wówczas narodziło się Twoje marzenie?
Zamarzyłem i postanowiłem, że też kiedyś stanę się rekordzistą. Jeszcze nie byłem pewien czy w bieganiu, ale wiedziałem, że chcę dokonać czegoś wyjątkowego.
Jak wyglądały Twoje biegowe początki, które zaprowadziły do ekstremalnych wyzwań ultra?
Ponad 20 lat temu stworzyłem własne motto „Od 100 metrów do 100 kilometrów. Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko marzenia do spełnienia”. Było to w momencie, gdy postanowiłem pobiec swoje pierwsze 100 kilometrów na zawodach. Miało to miejsce w 2005 roku. Wydawało mi się to niewiarygodne, że osoba biegająca kiedyś sprinty może się tak przetransformować, żeby przebiec aż 100 kilometrów. Po zakończeniu sprintów, gdy na studiach pokazano mi świat biegów przełajowych i wyjątkowość zagranicznych maratonów (tutaj mentorem był Janusz Grzeszczuk), pokochałem biegi masowe i ich gigantyczny rozmiar. Przede wszystkim zamiast prędkości zaczęła fascynować mnie wytrzymałość. Pewnego rodzaju wola przetrwania i siła woli, by wytrzymać więcej niż inni. Rok po roku rozwijałem się, stawiając sobie coraz większe wyzwania jak bieg przez Anglię czy przez Szkocję. Były to zawody na dystansie ponad 300 kilometrów w formule non-stop, czyli bieg przez 3-4 dni bez przerwy. Jedynie każdy decydował, jak długie przerwy zrobi na zjedzenie posiłku czy przebranie się oraz ewentualną krótką drzemkę np. w pobliskich krzakach lub w świetlicy. Kiedy miałem już przebiegnięte ponad 100 maratonów i kilkadziesiąt biegów ultra, zacząłem realizować własne projekty ekstremalnych wyczynów.
Biegałeś w całej Europie oraz w innych egzotycznych miejscach m.in. Jamajka czy Hawaje. Co uważasz za najbardziej wymagające wyzwanie do tej pory?
To prawda, przebiegłem ponad 180 maratonów i biegów ultra, z czego spora ich część odbyła się za granicą. Maratony to była czysta przyjemność połączona ze zwiedzaniem. Natomiast biegi ultra były prawdziwym wyzwaniem. Wyzwania przez całą Anglię czy przez całą Szkocję były wymagające ze względu na warunki pogodowe głównie w deszczu oraz trudny teren jak dziesiątki wzgórz czy podmokły teren. Trudny też był Spartathlon na dystansie 246 kilometrów z Aten do Sparty, na którym jest ponad 70 punktów kontrolnych i na nie trzeba punktualnie dotrzeć. Wszystkie wymienione biegi kończy około 30% startujących, zatem samo już ukończenie powoduje, że znajdujemy się wśród wybrańców. Natomiast najtrudniejszy był legendarny Badwater w Dolinie Śmierci, na który można dostać się tylko na zaproszenie. Startuje zaledwie 100 osób, z czego 50 debiutantów wybranych ze zgłaszających się z całego świata. Dystans 217 kilometrów w temperaturze 54 C był wręcz morderczy. Widziałem osoby mdlejące, słaniające się na poboczu, dostające udaru. Tak źle się czułem, że dwa razy prawie już schodziłem z trasy, ale wtedy pomyślałem o najbliższych, których nie chciałem zawieść. Jest to bieg niebezpieczny i uważany za najtrudniejszy bieg na świecie w najgorętszym miejscu na świecie wg National Geoggrafic. Kończąc go, stałem się szóstym Polakiem w czterdziestoletniej historii biegu.
Na początku 2025 roku spełniłeś marzenie i zostałeś oficjalnie wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa za najszybsze pokonanie całej Portugalii z północy na południe na własnych nogach w kategorii „The fastest crossing of Portugal on foot (male)”. Jak wyglądało całe wyzwanie?
Ambitnie, gdyż w formule selfsupported, czyli biegnąc bez wsparcia, mając cały ekwipunek w tym ubrania i elektronikę w plecaku, mogąc korzystać z infrastruktury napotkanej po drodze np. hotele, sklepy itp. Czasochłonna była procedura zatwierdzenia próby podjęcia wyzwania oraz analiza trasy i zasad określonych przez komisję Księgi Rekordów Guinnessa. Następnie analizowałem praktycznie metr po metrze całą trasę na podstawie map satelitarnych on-line. Skrupulatnie przygotowuję się do wyczynów czy startów, aby poza przygotowaniem formy być gotowym na wiele awaryjnych wariantów. Dzięki temu dobieram potrzebny sprzęt oraz dostosowuję treningi pod daną trasę i pogodę.
Jaką miałeś taktykę?
Ustaliłem, iż chciałbym przebiec minimum 70 kilometrów dziennie. Tak też się stało, średnia wyszła 73 km dziennie. Należy pamiętać, że nie mając suportu, tracę dużo czasu na znalezienia miejsca, gdzie mogę dostać posiłek, trzeba czekać na przygotowanie jedzenia, szukanie sklepów czy po prostu brak możliwości regeneracji i bieg z plecakiem, który spowalnia tempo i bardziej męczy. Przed biegiem prognozy zapowiadały sprzyjające warunki pogodowe, ale pamiętajmy, że biegłem przez cały kraj i pod koniec noce były chłodniejsze, a liczne ulewy dodatkowo przedłużyły realizację zadania. Najtrudniejsze były trzy ostatnie noce. Trzecią noc od końca spędziłem na dwóch drzemkach w krzakach na poboczu, gdyż znalazłem się na odludziu bez jakiegokolwiek hostelu w pobliżu czy nawet budynku. Przedostatnia noc zapowiadała się ponownie w szczerym polu, ale postanowiłem zbiec około dwa kilometry do pobliskiego hotelu i zdrzemnąć się chociaż 2-3 godziny, aby odrobić straty ze względu na własne założenia czasowe i dystansowe. Dodatkowo musiałem się spieszyć, mając zaplanowany lot powrotny do Polski. Z tego też powodu obliczając tempo i dystans pozostały do końca (metą była forteca Sagres), zorientowałem się, że kolejną noc znowu spokojnie nie prześpię, tylko muszę biec całą noc i dzień, aby zdążyć o czasie dobiec do wyznaczonej mety i udać się na lotnisko, by zdążyć na samolot. W nocy mając poprzednie dwie noce słabo przespane, prawie się zataczałem. Musiałem zrobić kilka drzemek po 10 minut na przystanku, na poboczu czy gdzieś w krzakach. Zatem bieg bez supportu jest prawdziwą walką o przetrwanie. Całą Portugalię z północy na południe przebiegłem w zaledwie 218 godzin. Co jakiś czas dostaję gratulacje od biegaczy z zagranicy, którzy obserwują moje socialmedia. Są pozytywnie zdziwieni, że biegłem takim tempem, sam i bez supportu. To daje satysfakcję.
-
Przeczytaj też: Rak nie zatrzymał jej na mecie
Co było dla Ciebie największym wyzwaniem podczas pokonywania 660 kilometrów?
O ile w poprzednich projektach często cierpiałem z powodu głodu, tak tutaj zapamiętam przede wszystkim chłód. W nocy było zimniej niż zapowiadały wcześniej prognozy. Z tego względu, że nie miałem komfortowych warunków do noclegu, często robiąc drzemki w nocy pod gołym niebem lub ulewy na otwartym terenie, zaznałem przenikliwego zimna. Miało być cieplej, chcąc mieć jak najlżejszy plecak, nie brałem ze sobą śpiwora ani ciepłych rzeczy. W rzeczach, w których wyszedłem z domu w Poznaniu, przebiegłem całą Portugalię (nie zabierając ze sobą żadnego bagażu w podróż) i w nich wróciłem do Polski. Natomiast pozwoliło to uzyskać satysfakcjonujące tempo i wynik. Kilometraż dzienny wyszedł 73 kilometry dziennie, gdzie poziom około 80 km jest już światowy przy takich wyczynach.
Co czułeś, kiedy usłyszałeś, że po kilkudziesięciu latach zachwycania się Księgą Rekordów Guinnessa sam zostaniesz tam wpisany?
Poczułem wielkie spełnienie. To było pewnego rodzaju cofnięcie się do dzieciństwa, do wielkiego marzenia, które zrealizowałem. Kiedy oficjalnie otrzymałem informację i obecnie mogę sprawdzić na oficjalnej stronie Guinnessa swoje nazwisko, poczułem wielką dumę. Czułem, że zrobiłem coś wyjątkowego. To kolejny dowód, że warto marzyć i dążyć do celu niezależnie od tego, ile czasu to zajmie.
W tym wszystkich wyzwaniach możesz liczyć na wsparcie żony. Jak ono jest ważne dla sportowca, który podejmuje się tak ekstremalnych wyzwań?
Wsparcie żony to dla mnie stabilizacja, podpora, spokój i oczywiście motywacja. Dzięki temu mogę skupić się na realizacji. Żona Agnieszka podziela moją pasję, wiele biegów na krótszych dystansach od 5 kilometrów do maratonu przebiegliśmy razem w pięknych oraz ciekawych miejscach na świecie. To właśnie wsparcie żony, najbliższych, przyjaciół i kibiców daje mi wielką moc w momentach kryzysów, a tych przecież podczas ultra jest dużo, gdyż są one wpisane w specyfikę takiego dystansu.
Wkroczyliśmy w 2026 rok. Jakie masz najbliższe plany sportowe?
W 2026 spełniam kolejne wielkie marzenie, które miałem w sercu od dobrych 20 lat. To jeden z najbardziej legendarnych biegów ekstremalnych Marathon des Sables w Maroko. Jest to bieg etapowy przez Saharę o łącznym kilometrażu 270 km (w tym roku organizatorzy wydłużyli trasę). Uczestnicy biegną z plecakiem o wadze od 7-10 kilogramów, mając w nim wszystkie ubrania, sprzęt i jedzenie potrzebne na tydzień rywalizacji. Organizator zapewnia tylko beduiński namiot i 5 litrów wody. W tym roku odbędzie się jubileuszowa 40-ta edycja, więc zapowiada się wyjątkowo. Organizatorzy wydłużyli jeden z etapów aż do 100 kilometrów ciągiem przez pustynię dokładając na drugi dzień maraton. Na starcie staną zawodnicy z 60 krajów. Szykują się wielkie emocje, a ja każdego dnia sumiennie trenuję, by przygotować jak najlepszą formę. Udział w tych zawodach możliwy jest dzięki rodzinie i moim sponsorom Fitness Authority oraz Extreme Hobby. Natomiast jesienią w październiku będę obchodzić wyjątkowy jubileusz ukończenia 200-u maratonów i ultra. W tej klasyfikacji będę miał blisko 70 biegów ultra od 50 do 350 kilometrów. Moje doświadczenie przez 30 lat biegania jest już zatem spore, a najważniejsze dla mnie jest, iż wszystko to dzieje się w zdrowiu i bez kontuzji. Mam już plany nawet na 2027 tok, ale to ujawnię dopiero wtedy, gdy zrealizuję tegoroczne plany.
Rozmawiał: Przemysław Schenk
fot. materiały prywatne


(1).png)






