Rozmowa

Od olimpijskich basenów do rekordów świata

Jako 15-latka została najmłodszą reprezentantką Polski na igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Później zdobywała medale mistrzostw Polski, walczyła z anoreksją i depresją, na osiem lat znikając ze sportu. Dziś Karolina Szczepaniak przygotowuje się do kolejnego wyzwania.

Jak rozpoczęła się Twoja pasja do pływania?

Moja pasja do pływania tak naprawdę zaczęła się dopiero w wieku 32 lat, po ośmiu latach całkowitej przerwy od sportu. Paradoksalnie wcześniej, mimo 17-letniej profesjonalnej kariery, startów na igrzyskach olimpijskich i wielokrotnego reprezentowania Polski na mistrzostwach świata, nie powiedziałabym, że pływanie było moją pasją. Towarzyszyła mi raczej presja spełniania oczekiwań trenerów, otoczenia, ale też tych, które sama na siebie nakładałam. Wiele z nich było realnych, inne wynikały z lęku i ciągłego poczucia, że trzeba być coraz lepszym. Dzisiaj woda znaczy dla mnie coś zupełnie innego. Jest moim żywiołem i miejscem, w którym czuję wolność. To przestrzeń, gdzie czas zwalnia, a wszystko, co mnie otacza, staje się wystarczające po prostu po to, żeby być. Nie wiem, czy można nazwać to pasją, ale na pewno jest to najprawdziwsza i najbardziej spokojna relacja z pływaniem, jaką kiedykolwiek miałam.

Jak wspominasz pierwsze zawody w karierze?

Szczerze mówiąc, kompletnie nie pamiętam swoich pierwszych zawodów w „karierze”. Być może dlatego, że zajęłam w nich ostatnie miejsce. Wtedy największym wyzwaniem było raczej zorientowanie się, ile długości basenu ma 50 metrów i czym właściwie różni się styl dowolny od klasycznego. Dzisiaj trochę się z tego śmieję, bo jadąc na swoje pierwsze zawody, miałam pewnie 7-8 lat. Wówczas kompletnie nie myślałam o żadnej „karierze”. To była bardziej dziecięca ciekawość i próba odnalezienia się w całym tym świecie pływania niż świadome sportowe ambicje.

Masz na koncie ponad 100 medali mistrzostw Polski. Jakie wspomnienia towarzyszą pierwszemu medalowi?

Mój pierwszy medal zdobyłam podczas korespondencyjnych mistrzostw Polski 10-11-latków. Był to złoty medal na 200 metrów stylem klasycznym, czyli tak zwaną żabką, a na 100 metrów tym samym stylem zdobyłam wtedy trzecie miejsce. Pamiętam przede wszystkim ogromny szok i niedowierzanie, bo jeszcze chwilę wcześniej byłam raczej osobą zamykającą stawkę oraz regularnie pływającą na jej końcu. Nagle nie tylko przebiłam się do środka, ale od razu znalazłam się w czołówce. Później przez kilkanaście lat systematycznie udowadniałam, że na polskim podwórku jestem mocna na wielu dystansach m.in. na 400 metrów stylem zmiennym, 400 i 200 metrów kraulem. Był nawet moment, kiedy podczas mistrzostw Europy popłynęłam 50 metrów klasykiem poniżej 30 sekund w sztafecie 4×50 metrów stylem zmiennym kobiet, mimo że miałam wtedy ponad 38 stopni gorączki.

Za każdymi wynikami stoi ogromna włożona praca.

Zgadza się, to nie był przypadek ani „talent z nieba”. Czasami mając zaledwie 9 lat, bywałam na pływalni trzy razy dziennie. Pracowałam z dwiema trenerkami, które skupiały się na technice, a ta konsekwentna praca zarówno techniczna, jak i fizyczna z czasem zaczęła przynosić efekty. Z perspektywy lat widzę, że największą różnicę zrobiły nie pojedyncze sukcesy, ale codzienność: wstawanie wcześnie rano, powtarzanie tych samych elementów setki razy, nauka cierpliwości i radzenia sobie z momentami zwątpienia.

Wystąpiłaś także na igrzyskach olimpijskich w Pekinie w 2008 roku oraz w Londynie w 2012 roku. Takie to było uczucie reprezentowanie Polski na największej sportowej imprezie?

Bycie reprezentantką Polski na igrzyskach olimpijskich to ogromne wyróżnienie i spełnienie marzeń każdego sportowca. Szczególnie w czasach, w których mnie przyszło walczyć o minima olimpijskie. Dziś młodzi zawodnicy mają wokół siebie całe sztaby specjalistów trenerów przygotowania motorycznego, psychologów sportu, fizjoterapeutów, ekspertów od regeneracji czy analizy techniki. Wtedy ten dostęp był bardzo ograniczony i wiele rzeczy trzeba było wypracowywać właściwie samemu, metodą ogromnej konsekwencji i ciężkiej pracy.

Jak Pani patrzy na siebie z tamtego okresu?

Kiedy dziś patrzę na to z perspektywy czasu, naprawdę myślę o sobie jak o bardzo silnej dziewczynie. Mimo braku takiego zaplecza potrafiłam wspiąć się na wyżyny swoich możliwości i pływać na tyle dobrze, żeby jako najmłodsza reprezentantka Polski w historii pojechać na igrzyska olimpijskie do Pekinu. Miałam wtedy zaledwie 15 lat. Igrzyska olimpijskie dla piętnastolatki to ogromne przeżycie, ale też wielka odpowiedzialność. Nagle znajdujesz się w miejscu, które oglądają miliony ludzi na całym świecie, na trybunach i przed telewizorami. Wioska olimpijska, najlepsi sportowcy globu obok ciebie, świadomość, że reprezentujesz swój kraj na największej sportowej scenie świata tego nie da się porównać z żadnymi innymi zawodami. Z jednej strony była wielka duma i ekscytacja, a z drugiej ogromna presja. Myślę jednak, że właśnie te doświadczenia mnie ukształtowały nie tylko jako sportowca, ale też jako człowieka.

Co Tobie najbardziej zapadło w pamięci po tych dwóch olimpijskich przygodach?

Po tych dwóch olimpijskich przygodach najmocniej zapadł mi w pamięci pewien kontrast. Z jednej strony igrzyska są absolutnie wyjątkowym doświadczeniem. Jako zawodnik masz dostęp do świata, który na co dzień jest niedostępny wioska olimpijska, organizacja, atmosfera, poczucie, że jesteś częścią czegoś ogromnego. Człowiek jest tam traktowany w wyjątkowy sposób. Rzeczywiście można poczuć, że bierze udział w najważniejszym wydarzeniu sportowym na świecie. Pamiętam też, że od najmłodszych lat, jeżdżąc na zawody międzynarodowe, często słyszeliśmy od trenerów czy działaczy, żeby obserwować najlepszych: jak się rozgrzewają, jak się zachowują, jak trenują. W domyśle, jeśli będziemy ich naśladować, może sami kiedyś staniemy się najlepsi. Dopiero z perspektywy czasu zaczęłam dostrzegać również drugą stronę tego świata.

Tę wyraźną kategoryzację ludzi na tych „najlepszych”, którzy zasługują na uwagę, zainteresowanie mediów, najlepsze warunki i podziw, oraz tych, którzy pozostają właściwie niewidoczni. Myślę, że to bywa bardzo niebezpieczne, bo łatwo wpaść w pułapkę ciągłego pościgu za wynikiem, rozpoznawalnością czy aprobatą innych. W sporcie wyczynowym często gubi się przez to najważniejszą rzecz zwykłą radość z rywalizacji i z samej możliwości uczestniczenia w wydarzeniu tak wyjątkowym jak igrzyska olimpijskie, które odbywają się tylko raz na cztery lata. Dzisiaj wiem, że największą wartością nie były flesze czy zainteresowanie mediów, ale ludzie, doświadczenia i droga, którą trzeba było przejść, żeby w ogóle znaleźć się w tym miejscu. Bo igrzyska olimpijskie trwają chwilę, a to, co zostaje z człowiekiem na lata, to przede wszystkim charakter, jaki buduje się po drodze.

Po 17 latach profesjonalnej kariery postanowiłaś wycofać się ze sportu z powodu problemów zdrowotnych. Co było tego powodem?

Tak naprawdę nie tyle postanowiłam wycofać się ze sportu, co zostało mi to narzucone przez stan zdrowia i konieczność ratowania samej siebie jako człowieka. Rola zawodniczki w pewnym momencie zeszła na dalszy plan, bo najważniejsze stało się po prostu przeżycie oraz próba powrotu do zdrowia. Na osiem lat całkowicie zniknęłam ze świata sportu z powodu anoreksji i depresji. Dziś wiem, że proces zdrowienia to nie jest kwestia kilku miesięcy, „normalnego jedzenia” czy powrotu do określonej masy ciała. To bardzo długa oraz trudna praca nad sobą nad sposobem myślenia, nad nauką rozpoznawania własnych emocji i reagowania na nie w zdrowy sposób. To również praca nad poczuciem własnej wartości, stawianiem granic, budowaniem pewności siebie i przepracowywaniem wielu trudnych doświadczeń oraz mechanizmów, które przez lata pozwalały mi funkcjonować, ale jednocześnie bardzo mnie wyniszczały. W sporcie wyczynowym człowiek często uczy się ignorować własne potrzeby, emocje czy sygnały wysyłane przez organizm. Przez długi czas wydawało mi się, że siła polega właśnie na zaciskaniu zębów i wytrzymywaniu wszystkiego. Dopiero później zrozumiałam, że prawdziwą siłą jest umiejętność zatrzymania się i poproszenia o pomoc. Choć tamten okres był najtrudniejszym momentem mojego życia, to jednocześnie nauczył mnie o sobie więcej niż wszystkie lata sportowej kariery razem wzięte.

Czy to była najtrudniejsza decyzja w Twojej karierze?

Decyzja o walce o własne życie zawsze jest trudna. Wiąże się ze świadomością, że trzeba odpuścić to, co do tej pory definiowało człowieka jego cele, codzienność, marzenia czy sposób funkcjonowania. To wejście w ogromną niewiadomą i zgoda na to, że nie wie się, co będzie dalej i jak będzie wyglądało życie po drugiej stronie tego wszystkiego. Jednocześnie chyba nie chcę kategoryzować swoich decyzji na łatwe i trudne albo ważniejsze czy mniej ważne. Po prostu w pewnym momencie życia stanęłam w miejscu, w którym musiałam wybrać drogę. Mogłam pójść najprostszą drogą samozniszczenia i dziś prawdopodobnie nie byłoby mnie tutaj. Wybrałam inaczej. Powiedziałam życiu „tak”, choć wtedy wcale nie oznaczało to ulgi czy nagłego szczęścia, tylko początek bardzo długiej i bolesnej pracy nad sobą. Konsekwencje tej decyzji noszę w sobie do dziś, ale jednocześnie wiem, że była to decyzja, która pozwoliła mi odzyskać siebie nie jako sportsmenkę, ale przede wszystkim jako człowieka.

Jak wyglądało Twoje życie po zakończeniu profesjonalnej kariery?

Moje życie po zakończeniu kariery było przede wszystkim zupełnie inne od wszystkiego, co znałam wcześniej. Po 17 latach życia podporządkowanego treningom, ciągłym nakazom, zakazom, rygorowi i funkcjonowaniu według bardzo konkretnego planu nagle mogłam zobaczyć, jak wygląda życie „zwykłego” człowieka. Zaczęłam doświadczać rzeczy, z którymi wcześniej w ogóle nie miałam styczności, szukania pracy, odnajdywania się w nowych środowiskach czy próby zbudowania siebie poza sportem. Z tego względu, że nie lubię rutyny i bardzo potrzebuję poczucia rozwoju, dość często zmieniałam pracę. Bywało, że pracowałam gdzieś zaledwie kilka miesięcy. Czasami zwyczajnie nie radziłam sobie nawet z prostymi obowiązkami i doświadczałam również zwolnień z pracy. To było trudne, ale jednocześnie pouczające doświadczenie. Po ukończeniu studiów w USA wydawało mi się, że będzie mi łatwiej odnaleźć się zawodowo, jednak szybko zderzyłam się z rzeczywistością. W Stanach specjalizacja jest konkretna. Człowiek rozwija się mocno w jednym obszarze i pracuje w zespole specjalistów. W Polsce często oczekiwano ode mnie kompetencji na wielu różnych płaszczyznach jednocześnie. Przez moment miałam poczucie, że te cztery lata studiów właściwie nic mi nie dały i pamiętam, że był to dla mnie trudny czas.

Jednak ta droga zaprowadziła Cię do obecnego zawodu.

Na szczęście się nie poddałam. Dziś mogę powiedzieć, że właśnie dzięki tej drodze trafiłam do zawodu, który jest mi niezwykle bliski. Zostałam psychologiem sportu i obecnie pomagam sportowcom przechodzić przez ich kariery i życie w bardziej świadomy, spokojny oraz zdrowy sposób. Mimo ogromnego postępu w sporcie, lepszego zaplecza, większej wiedzy i nowych możliwości, problemy mentalne zawodników często pozostają dokładnie takie same jak kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Dlatego staram się być dla nich wsparciem, którego sama kiedyś bardzo potrzebowałam.

Jednak po kilku latach udało Ci się wrócić do pływania, ale w wersji ultra. Co stanowiło taki impuls do spróbowania sił w tej formule?

W momencie, kiedy moje życie po zakończeniu kariery sportowej wreszcie się ustabilizowało, pracowałam jako trenerka pływania dla zawodników i amatorów triathlonu oraz pływania open water. W tej pracy byłam dobra i dawała mi ona poczucie sensu. Jednocześnie jestem osobą, która potrzebuje ciągłego rozwoju i nowych wyzwań. Po jakimś czasie zaczęłam zauważać, że w tym miejscu nie mam już przestrzeni na dalszy rozwój, którego tak bardzo szukam. Rozmowy z pracodawcą nie przynosiły żadnych zmian. Pamiętam moment, kiedy byłam na krótkim urlopie w Hiszpanii i patrząc przez okno, przyszła do mnie bardzo wyraźna myśl: że nie chcę żyć dalej w taki sam sposób jak dotychczas. Chcę się rozwijać, podróżować i być wśród ludzi, którzy dają dobrą energię.

To był moment przełomowy?

Tak, tego samego dnia zdecydowałam się całkowicie odstawić alkohol, a miesiąc później po ośmiu latach palenia rzuciłam papierosy z dnia na dzień. Wiedziałam, że jeśli naprawdę chcę zmiany, musi ona być konkretna i prawdziwa.

Żeby nadać temu kierunek, postawiłam sobie bardzo ambitny cel przepłynięcie Otyliady, czyli 12-godzinnego maratonu pływackiego na basenie. Miałam na przygotowania tylko miesiąc. To był bardzo krótki czas, ale jednocześnie wystarczający, żeby znów wejść w rytm pracy, wysiłku i dyscypliny. Udało się. Przepłynęłam pełne 12 godzin i wtedy poczułam, że to doświadczenie znaczy dla mnie coś więcej niż tylko sportowy wynik. Że może stać się czymś, co da impuls także innym ludziom do walki o siebie, o zmianę i o własne życie.

Niedawno w 72 godziny przepłynęła Pani 177 km, ustanawiając nowy rekord świata. Jakie towarzyszyły uczucia po tym wyzwaniu?

Po ustanowieniu rekordu świata i świadomości, że jestem jedyną osobą na świecie, która przepłynęła tyle godzin bez snu, pojawia się przede wszystkim bardzo fizyczne uczucie, coś w rodzaju ciepła w brzuchu i ogromnego wewnętrznego poruszenia. Nie jest to nawet wyłącznie duma z samego faktu, że udało się to zrobić, bo gdzieś wewnętrznie wiedziałam, że jestem w stanie tego dokonać. Najsilniejsza jest raczej duma z odwagi, że podejmuję się rzeczy, które dla wielu osób wydają się niemożliwe, przesadzone albo wręcz niewiarygodne. Naturalnie pojawiają się też różne reakcje z zewnątrz. Mam świadomość, że są osoby, które podchodzą do tego z hejtem, piszą przykre komentarze i w sposób bardzo powierzchowny oceniają to, co robię. Są też ludzie, którzy widzą coś więcej niż tylko liczby czy wynik, dostrzegają w tym szerszy sens i wartość. To wszystko uczy mnie coraz większego dystansu do opinii innych. Z czasem coraz bardziej wiem, że chcę otaczać się ludźmi z dobrą energią, autentycznością i szczerością, bo to właśnie takie relacje i taka jakość ludzi wokół nadają temu, co robię, prawdziwe znaczenie.

Poza sportem jesteś psychologiem sportowym. Czego dowiedziałaś się o sobie po tym wyzwaniu?

Dowiedziałam się przede wszystkim, że jestem człowiekiem, który kieruje się sercem i silną potrzebą niesienia dobra. Te wyzwania nie są dla mnie czymś, co ma przede wszystkim wymiar finansowy czy wizerunkowy, ja na nich nic nie zarabiam. To bardziej przestrzeń, w której mogę dzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą, żeby inni ludzie mogli osiągać swoje cele, korzystając z wypracowanych przeze mnie metod oraz przeżyć. Przy okazji każdego z tych projektów prowadzimy też zbiórki dla potrzebujących podopiecznych fundacji „Otwarte Ramiona”. Wokół tego często gromadzą się ludzie, którzy chcą się włączyć i pomóc. Dla mnie to jest coś naturalnego, nie nazwałabym tego wielkim, szlachetnym gestem, tylko zwyczajnym gestem w stronę drugiego człowieka, który miał odwagę powiedzieć, że potrzebuje wsparcia. Dla mnie to często właśnie największa siła, umiejętność przyznania się do własnej bezsilności. Tak wygląda dziś moja droga, życie w wodzie, które daje mi poczucie ogromnej wolności, ale też sensu. Jednocześnie życie, w którym coraz bardziej widzę, że najważniejsze nie są same rekordy, tylko to, co dzięki nim może wydarzyć się w innych ludziach.

Nie ukrywasz, że najbliższym celem jest druga próba przepłynięcia Bałtyku wpław, już w lipcu. Jak przebiegają przygotowania do tego wyzwania?

Przygotowania obejmują kilka równoległych obszarów: przygotowanie fizyczne, mentalne, taktyczne, adaptację do zimna oraz trening układu równowagi i błędnika. To najbardziej złożony i wymagający proces, jaki kiedykolwiek realizowałam zarówno pod względem organizacyjnym, jak i obciążenia dla organizmu. To wyzwanie ma dla mnie również wymiar historyczny w kontekście naszego kraju. Z drugiej strony, patrząc szerzej społecznie, jest w nim coś bardzo symbolicznego możliwość pokazania, że kobieta, która przez lata bywała postrzegana jako „słabsza” czy mniej istotna, może dokonać czegoś, co wcześniej wydawało się poza zasięgiem. Jednocześnie staram się, żeby te przygotowania nie były tylko ciężką pracą i presją, ale też miały w sobie element radości, lekkości i dobrej energii. Bo mimo skali wyzwania, pilnuję tego, żeby nie zatracić sensu i satysfakcji z samego procesu. To rzeczywiście ogrom obciążenia, szczególnie że równolegle pracuję w dwóch miejscach i realizuję czteroletnie szkolenie na psychoterapeutę poznawczo-behawioralnego. Często słyszę pytanie, skąd biorę na to wszystko czas i energię. Szczerze mówiąc sama do końca nie wiem. Po prostu staram się działać najlepiej jak potrafię, w granicach swoich możliwości, bez perfekcjonizmu, który zawsze odbiera to, co najważniejsze: autentyczność i „duszę” tego, co się robi.

Czy z tego względu te przygotowania nabierają ludzkiego wymiaru?

Tak, uczę się w nim nie tylko dyscypliny i wytrzymałości, ale też słuchania siebie, tego, kiedy mogę docisnąć, a kiedy muszę odpuścić, żeby nie przekroczyć granicy, za którą zaczyna się przeciążenie. Z perspektywy czasu widzę, że największym wyzwaniem nie jest sam trening czy logistyka, ale utrzymanie równowagi pomiędzy różnymi rolami, które pełnię w życiu. Sportowiec, psycholog, studentka, osoba pracująca, to wszystko nakłada się na siebie i wymaga dużej świadomości oraz elastyczności. Mimo to czuję, że to wyzwanie mnie rozwija. Nie tylko sportowo, ale też jako człowieka oraz przyszłego terapeutę. Uczę się na sobie rzeczy, których nie da się przeczytać w żadnym podręczniku, o granicach, odporności psychicznej i o tym, jak ważne jest, żeby nie zgubić siebie w drodze do celu.

Rozmawiał: Przemysław Schenk

fot. materiały prywatne

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz również
Close
Back to top button
X