
Wygrał maratony na Biegunie Północnym i Antarktydzie, biegał na siedmiu kontynentach i zdobył Koronę Maratonów Ziemi. Ale książka Piotra Sucheni „Siedem” nie jest tylko opowieścią o bieganiu i kolejnych kilometrach. To historia człowieka, który z pasji zrobił sposób na życie. Mnie podczas lektury przypomniała o czymś jeszcze – jak bardzo brakuje mi biegania.
Piotra Suchenię poznałem wiele, wiele lat temu. Pracowałem w Radiu Gdańsk, on był zaangażowany w organizację imprez biegowych. Od początku zapamiętałem go jako człowieka skromnego, uśmiechniętego i zaangażowanego. Lubiłem z nim rozmawiać i pracować, bo ta współpraca zawsze była na wysokim poziomie.
Oczywiście wiedziałem, że Piotr biega. I to dużo. Wiedziałem o jego kolejnych podróżach i startach, ale dopiero kiedy zebrałem to wszystko w całość, dotarło do mnie, jak niezwykła jest to historia. Maratończyk, trener, organizator imprez sportowych, właściciel RUN-PASSION.PL, zdobywca Korony Maratonów Ziemi. Człowiek, który biegał na siedmiu kontynentach i jako pierwszy Polak zwyciężył w ekstremalnych maratonach na Biegunie Północnym i Antarktydzie.
Kiedy dostałem do rąk jego książkę „Siedem” i zacząłem czytać, wydarzyło się jednak coś, czego się nie spodziewałem. Poczułem głód biegania.
Książka, która uruchamia
Kiedyś biegałem dużo. Od pięciu lat robię to sporadycznie i choć od czasu do czasu próbuję wrócić, jakoś średnio mi wychodzi. A kiedy zacząłem czytać o przygodach Piotra na siedmiu kontynentach, jego maratonach, podróżach, zimnie, upale, zmęczeniu i pasji do biegania, pomyślałem: cholera, jak mi tego brakuje. Chciałbym do tego wrócić.
I chyba właśnie to jest jedna z największych wartości tej książki. Ona uruchamia. Nie przez proste: „rusz się, możesz wszystko”, ale przez historię człowieka, który po prostu robi swoje.

Nie jestem zresztą jedynym, który tak tę opowieść odbiera. Wojciech Ratkowski, wykładowca akademicki, mistrz Polski w maratonie z 1984 roku, rekord życiowy 2:12:49, pisze o „Siedem” jako o książce dla tych, którzy oczekują od siebie czegoś więcej niż tylko pokonania 42 kilometrów i 195 metrów. Zwraca uwagę na dyscyplinę Piotra, jego konsekwencję i nieustanne szukanie kolejnych wyzwań. Pisze też o czymś, co podczas lektury bardzo mocno czułem: Piotr nie zatrzymuje się po osiągnięciu celu. Kończy jedno i rusza w stronę następnego.
Z kolei Tomasz Galiński, dziennikarz, konferansjer i spiker sportowy, nazywa Piotra „wielkim fighterem, a jednocześnie wrażliwym romantykiem”. I to zestawienie mi do niego pasuje. Bo za ekstremalnymi biegami, kilometrami, wynikami i kolejnymi punktami na mapie jest po prostu człowiek. Dlatego „Siedem” nie jest dla mnie wyłącznie książką o bieganiu.
Jest o sposobie na życie
Piotr z ogromną pasją podchodzi do sportu, podróżowania i pracy z ludźmi. Niesamowite jest dla mnie również to, że w dużej części tej drogi towarzyszy mu rodzina. Podróżują z Iwoną i dzieckiem, zwiedzają, poznają świat, a bieganie staje się częścią czegoś większego. To nie jest tylko zaliczanie kolejnych maratonów i stawianie następnych pinezek na mapie. To ich sposób na życie.

Lubię ludzi, którzy żyją pełną piersią. Albo – jak sam czasem mówię – na pełnej petardzie. Piotr jest dla mnie właśnie takim człowiekiem. Nie boi się marzyć, nie boi się tych marzeń realizować, podejmuje kolejne wyzwania, a jednocześnie pozostaje człowiekiem niezwykle spokojnym. Taką ostoją spokoju. I to w nim cenię.
Jest w jego historii jeszcze jedna rzecz, która do mnie trafia: dyscyplina. Piotr mówi o niej jako o robieniu swojej pracy i podążaniu wybraną drogą także wtedy, kiedy znika motywacja. To ważne, bo w sporcie – podobnie jak w życiu – nie zawsze nam się chce. Czasami właśnie wtedy trzeba założyć buty i wyjść. Podróż przez „Siedem” może więc zachęcić do biegania. A jeśli ktoś już biega albo uprawia inny sport, może dostać od Piotra tego potrzebnego czasem kopa, kiedy bardzo nie chce się wyjść na trening. Ale można też po prostu spotkać w tej książce ciekawego człowieka.
Spotkanie, które ubogaca
Poznać Piotra, a potem któregoś dnia zobaczyć go na ścieżce biegowej albo zawodach, podejść i powiedzieć: „Piotr, przeczytałem. Dzięki”. I chwilę porozmawiać. Bo mam wrażenie, że właśnie takie spotkania z ciekawymi ludźmi naprawdę nas w życiu ubogacają. A Piotr niewątpliwie do takich ludzi należy.
Sama książka też jest bardzo „Piotrowa”. Jako wieloletni dziennikarz pewnie napisałbym ją inaczej. Mam inny styl, inaczej buduję zdania. I właśnie dlatego cenię to, że Piotr nie próbował pisać „jak pisarz”. Nie wygładził siebie. Zostawił swoje zwroty, język, sposób opowiadania. Czytając, momentami niemal słyszymy, jak Piotr do nas mówi. Dzięki temu poznajemy nie tylko Piotra biegacza, który przemierza siedem kontynentów. Poznajemy Piotra człowieka – jego sposób myślenia, podejście do wyzwań, marzeń i życia.

Cieszę się, że dostałem tę książkę od Piotra. Z dedykacją. Jeszcze bardziej cieszę się, że ją przeczytałem (jeszcze trochę stron mi zostało). I polecam. Nie tylko biegaczom.
Bo czasami książka o bieganiu może przypomnieć człowiekowi nie tylko o tym, że kiedyś lubił biegać. Może przypomnieć mu również o czymś, czego trochę mu w życiu brakuje.
Mnie przypomniała.
Marcin Dybuk

.png)





(1).png)