Przejażdżka, która mogła być ostatnią

Była w doskonałej formie, regularnie się badała i znała własne ciało. Jednak jeden dzień mógł wszystko przekreślić. Marianna Hall opowiada o drodze od kolarskich sukcesów, przez operację ratującą życie, aż po powrót do sportu w zupełnie nowym wymiarze.
Dlaczego zainteresowałaś się kolarstwem w 2018 roku?
Kolarstwo miało być moją odskocznią od pracy oraz nadchodzących studiów doktoranckich na Uniwersytecie Medycznym. Stwierdziłam, że w życiu potrzebna jest równowaga, a przy dużej ilości pracy to będzie najlepsze rozwiązanie. Wcześniej przez wiele lat trenowałam inne sporty. Wiedziałam, jak dobrze wpływają na mój stan zdrowia oraz jak wiele radości mi dawały. Dodatkowo kolarstwo zawsze było obecne w moim domu rodzinnym. Mój tata zawsze oglądał wszystkie wyścigi kolarskie. Sam też jeździł na rowerze, więc nie był to obcy sport. Jednak z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że w tamtym momencie realnie mało wiedziałam o kolarstwie.
Co zafascynowało Cię w tym sporcie?
Fascynacja to bardzo dobre określenie. Mam pewną skłonność, że jeśli coś polubię, to pochłania mnie to w 100%. Z kolarstwem właśnie tak było: wolność, bliskość natury, zdrowe zmęczenie. Możliwość oderwania się od tego, co działo się w trakcie dnia. Zapomnienie o wszystkim na kilka godzin. Dodatkowo kolarstwo pozwala na obserwację wielu parametrów: moc, tętno, prędkość – wszystko to było interesujące. Kiedy z czasem zaczęły pojawiać się strukturalne treningi, to było jeszcze więcej frajdy.
-
Czytaj też: Rak nie zatrzymał jej na mecie
Jak rozwijała się Twoja kariera kolarska?
Mam poczucie, że w moim przypadku kariera to dość górnolotne stwierdzenie. Była to raczej wielka frajda z profesjonalnym zacięciem. Zaczęło się to wszystko niewinnie. Po prostu od trenowania, bo to sprawiało mi przyjemność. Wychodziłam z założenia, że nie chcę nigdzie startować, bo nie czuję takiej potrzeby. Jednak z czasem w moim najbliższym gronie jazda indywidualna na czas stała się popularna. Wyjątkowo mi się to spodobało, chociaż moja wiedza w tym zakresie była znikoma. Pierwszą amatorską czasówkę startowałam na szosie, a już na kolejnych zawodach byłam na TT. I przepadłam. Po sezonie startów w Mastersach i Mistrzostwach Świata Masters w Sarajewie, gdzie zajęłam 3. miejsce, podjęliśmy decyzję, że może warto spróbować w Elicie. Nie mając drużyny jako osoba anonimowa, zaczęłam pojawiać się na Pucharach Polski i startowałam i wygrywałam w jeździe indywidualnej na czas. Następnie wystartowałam na Mistrzostwach Polski. Kolejno pojawił się pomysł na rekord godzinny i Mistrzostwa Polski na torze. Ze swoimi wynikami trafiłam do Kadry Narodowej w kolarstwie torowym, co było ciekawym doświadczeniem. To tak w skrócie.
W jaki sposób wówczas udawało się łączyć sport z pracą zawodową oraz doktoratem z zakresu nauk medycznych i nauk o zdrowiu?
Dobre pytanie. Z perspektywy lat sama się zastanawiam, jak to się udawało. Jedno, czego jestem pewna: nie zmieniłabym żadnej decyzji. Chyba im więcej ma się obowiązków, tym lepiej jest się zorganizowanym. Moja praca zawodowa, studia doktoranckie, jak i kolarstwo były dla mnie równie istotne, dlatego wkładałam w to całe serce i zaangażowanie. Moja doba miała tylko 24 h, ale była wypełniona tym, co lubię.
-
Zajrzyj do: Tragiczny wypadek początkiem medalowej drogi
Natomiast w 2024 wszystko mogło zostać przekreślone przez jedno wydarzenie. Co wówczas się wydarzyło?
Jako osoba ze świata medycznego zawsze podchodziłam dokładnie do swojego stanu zdrowia. Regularnie wykonywałam badania, wszystko było pod kontrolą. Tak przynajmniej mi się wydawało. Natomiast w maju 2024 stało się coś, czego nigdy w życiu bym nie podejrzewała. Tego dnia miałam wyjść na krótką przejażdżkę po pięknych kaszubskich trasach, a zakończyło się kompletnie inaczej, niż miało. Doszło u mnie do krwawienia podpajęczynówkowego w mózgu. Był to efekt pęknięcia tętniaka w mózgu, o którym nie wiedziałam. Oczywiście w momencie pojawienia się pierwszych objawów nie podejrzewałam aż takiej diagnozy. Czułam, że musi być źle.
Jednym z kluczowych momentów tamtej sytuacji był Twój opór w stosunku do ratowników, których na podstawie własnej wiedzy medycznej udało się przekonać do zawiezienia na SOR. W przeciwnym razie, jakie mogłyby wyniknąć konsekwencje?
Miałam naprawdę wielkie szczęście. Pierwszy pojawił się ból, którego nie da opisać słowami. Rozlewał się on po całej głowie i karku. Od razu się zatrzymałam, usiadłam na poboczu. Kolejnym objawem był stopniowy zanik wzroku, rozmyty obraz. Wtedy wiedziałam, że to zły objaw i trzeba działać. Mój partner zadzwonił na pogotowie, które trafiło do nas po godzinie. Wzrok co prawda wracał, ból jednak nie ustępował. Po zbadaniu podstawowych parametrów nie było odchyleń, dlatego zalecono mi, abym spokojnie wróciła do domu. Jednak ból był tak nietypowy i tak dotkliwy, że nie zgodziłam się na taką propozycję. Gdybym podjęła inną decyzję, to nie mielibyśmy okazji dziś rozmawiać. Krwawienie podpajęczynówkowe wiąże się z wysoką śmiertelnością (około 30–50%), przy czym wielu pacjentów umiera przed dotarciem do szpitala.
-
Przeczytaj też: “Nie chciałam, żeby rak zakończył moją karierę”. Niewiarygodna siła Patrycji Bereznowskiej
Jaka była Twoja pierwsza reakcja na diagnozę?
W szpitalu diagnoza została postawiona szybko. Badanie obrazowe wykonano prawie natychmiast, jak trafiłam na SOR. Jestem za to wdzięczna, bo uratowało mi to życie. Początkowo, jak usłyszałam diagnozę, było niedowierzanie. Jakim cudem? Przecież nigdy nie miałam objawów, które mogłyby mnie zaniepokoić. Gdy dowiedziałam się, że mam zostać przewieziona do Gdańska na operację ratującą życie, pierwsza reakcja była niedowierzaniem: czy to naprawdę konieczne już teraz? Myślałam o planach na kolejny tydzień, jakby można było to odłożyć. Dziś widzę, że to było dość abstrakcyjne, ale wtedy chyba wolałam trzymać się codzienności, niż mierzyć się z tym, co ta diagnoza może oznaczać.
Jak wyglądał proces powrotu do zdrowia?
Po trafieniu do Szpitala Copernicus w Gdańsku praktycznie nic nie pamiętam z tego, co działo się przez 2 tygodnie. Mam tylko przebłyski – silny ból, brak siły, żeby podnieść głowę z poduszki. Nie pamiętam przygotowania do operacji, kilku dni po niej. Przez wiele dni nie byłam w stanie jeść. Z czasem zaczęłam być bardziej świadoma i doszło do mnie, co się wydarzyło. Po wyjściu ze szpitala musiałam się przyzwyczaić do kompletnie innego stylu życia: spokojnego, oszczędzającego – takiego nie znałam od lat. Miałam wielkie szczęście, bo mimo rozległego krwawienia nie doszło u mnie do poważnych konsekwencji. Oczywiście proces powrotu do zdrowia był długi i stopniowy. Zdarzały się lepsze oraz gorsze dni, ale wiedziałam, że jeśli przeżyłam coś takiego, to trzeba cieszyć się każdym dniem. Chciałam wrócić na rower. Nie myślałam już o ściganiu, ale po prostu o czystej przyjemności z bycia na zewnątrz.
W jaki sposób sport uratował wtedy Twoje życie?
Sport nauczył mnie wielu rzeczy. Najcenniejsze okazały się dwie: dobra wydolność organizmu, a druga – czucie symptomów, które daje organizm. Myślę, że bez tego moje szanse na przeżycie byłyby znacznie niższe. Dodatkowo sport zawsze dodawał mi wiele energii i optymizmu. To na pewno pomogło w procesie rekonwalescencji.
Po tej sytuacji udało Ci się wrócić do kolarstwa. W jaki sposób to przeżycie i walka o życie zmieniło Twoje postrzeganie sportu?
Przy wypisie ze szpitala to było jedno z wielu moich pytań, kiedy mogę wrócić na rower. Nie myślałam już o trenowaniu, tylko po prostu o jeździe dla czystej przyjemności. Jak po 4 miesiącach wsiadłam na rower, to poczułam wielką radość. Odzyskałam coś, co było naturalną częścią mnie. Ani przez chwilę nie pomyślałam, że moje waty są teraz niższe albo że przecież chciałam dalej się ścigać i osiągać zakładane cele. Wszystko to nie miało dla mnie znaczenia. Sport zawsze jest u mnie priorytetem, przede wszystkim dla zdrowia i równowagi w życiu. Sport wyczynowy to był tylko krótki epizod w moim życiu. Wspaniała przygoda, którą zawsze ciepło wspominam. Dalej postrzegam sport jako cenny dodatek do życia codziennego i to, że bez fascynującej analizy struktury treningowej dalej daje on pełno radości.
Na podstawie własnej historii, jakiej rady udzieliłabyś innym czynnym sportowcom, niezależnie od stopnia zaawansowania?
Moja historia kończy się happy endem, jednak wiem, że nie każdy miał tyle szczęścia co ja. Zawsze zachęcam moich pacjentów do regularnych badań. Jednak, tak jak było w moim wypadku, nie zawsze wszystko da się przewidzieć. To, co jest szalenie ważne, to słuchanie własnego organizmu. Silny ból, który wykracza poza skalę codziennego treningu. Objawy, które nigdy przedtem się nie pojawiły, nigdy ich nie ignorujmy. Im szybciej zareagujemy, tym nasze szanse są większe. Czasem lepiej przerwać trening, nawet zrobić dzień przerwy, żeby odpowiednio się zregenerować, niż za wszelką cenę przepychać własne granice.
Rozmawiał: Przemysław Schenk
fot. materiały prywatne


(1).png)





