Rak nie zatrzymał jej na mecie

Małgorzata Skrzypczak wróciła do biegania po latach przerwy, a wkrótce potem przyszło jej zmierzyć się z chorobą nowotworową. W rozmowie opowiada o leczeniu, determinacji i o tym, dlaczego ruch stał się jej najważniejszym sprzymierzeńcem.
Kiedy w Twoim życiu pojawiło się bieganie?
Biegałam od zawsze. Zaczynałam w szkole podstawowej, potem średniej byłam reprezentantką szkoły niemal na wszystkich zawodach międzyszkolnych na terenie miasta, powiatu i województwa. Trenowałam lekkoatletykę i pływanie.
W pewnym momencie musiałaś na kilkanaście lat pożegnać się z bieganiem. Dlaczego?
Po studiach urodziłam córkę. Dlatego podjęłam pracę, więc obowiązki zawodowe i rodzinne wyłączyły mnie z uprawiania sportu. Jako nauczyciel wychowania fizycznego codziennie ćwiczyłam z dziećmi, prowadząc lekcje, ale tylko w ramach zajęć lekcyjnych.
W którym momencie postanowiłaś wrócić do tego sportu?
Wróciłam do biegania, kiedy ukończyłam 50 lat, czyli w 2012 roku. Chciałam zagospodarować czas wolny, zwłaszcza że dzieci wyszły już z domu i doskwierał mi syndrom „pustego gniazda”. Bieganie, które kiedyś kochałam, było najprostszą formą ruchu.
Co wówczas najbardziej motywowało do dalszej pracy na treningach?
Najbardziej motywowały mnie zmiany, poczucie, że w końcu robię coś dla siebie, a w dalszym etapie progres i możliwość rywalizacji z najlepszymi na zawodach biegowych.
-
Zajrzyj do: Tragiczny wypadek początkiem medalowej drogi
Przełomem w Twoim życiu był październik 2018. Jaka była Twoja pierwsza reakcja po informacji o chorobie?
Wtedy zainteresowałam się własnym zdrowiem i postanowiłam zawierzyć intuicji. Diagnoza potwierdziła złośliwego raka piersi. To był dla mnie szok. Ja, która uprawiam wszelkie formy ruchu, bo oprócz biegania pływam, jeżdżę rowerem, na rolkach, nartach, motocyklem, zdrowo się odżywiam, dbam o siebie-zachorowałam.
Jakie były pierwsze prognozy i jak wyglądał proces leczenia?
Po szczegółowych badaniach okazało się, że rak zajął również węzły chłonne pachowe. Podjęto decyzję o natychmiastowym usunięciu piersi i wszystkich węzłów pachowych. W styczniu 2019, dwa tygodnie po mastektomii i limfadektomii rozpoczęłam ciężką chemię w ilości 16 sztuk. Byłam książkowym przykładem pacjentki onkologicznej, która w czasie chemii straciła włosy, rzęsy, brwi, która musiała brać sterydy, by móc otrzymać kolejny wlew, bo poziom neutrofili był krańcowo niski. Nie miałam apetytu, a tyłam. Jedynym pożywieniem w tym czasie była pszenna bułka. Obrzmiałam, dlatego wstydziłam się swojego wyglądu. Budziłam się każdego ranka z myślą MAM RAKA…. Kiedy w sierpniu skończyłam chemię, przez miesiąc poddawana byłam radioterapii na głębokim wdechu, który miał ochronić moje serce. Po zakończeniu trzyetapowego leczenia, co pół roku miałam profilaktyczny wlew kwasu zolendronowego chroniącego kości przed przerzutami i już 7 rok biorę antyhormony.
-
Czytaj też: Legenda narciarska, która wygrała życie
Jaką rolę w rekonwalescencji po operacjach pełnił sport?
Sport i wszelki ruch pełnił ważną rolę w procesie leczenia. Pomagał przede wszystkim oczyszczać głowę ze złych myśli. Wyznaczanie małych, biegowych celów motywowało do walki z przeciwnikiem, dodawało wiary w to, że się uda. Podczas całego leczenia wyznaczałam sobie cele sportowe i inne. Przewartościowałam własne życie. Już podczas chemii biegałam, ćwiczyłam siłowo, zapisywałam się na zawody biegowe, jeździłam na rolkach, rowerze. Jesienią 2019 roku przebiegłam pierwszy po leczeniu półmaraton. Moim marzeniem było nauczyć się grać na saksofonie I to się udało. Wyznaczane cele praz zadania pozwalały mi na spełnianie marzeń. Resetowały moją głowę, oczyszczały ze złych myśli, których nie brakuje podczas leczenia. Moim celem było dojście do sportowej formy sprzed choroby. Myślę, że ciężką pracą udało mi się to osiągnąć.
Co było najtrudniejsze w tej całej walce o zdrowie i życie?
Najtrudniejszym elementem całego procesu zdrowienia była niewiedza. Nie wiedziałam, czy mogę biegać, ćwiczyć itd. Jeśli tak, to na ile mogę. Żaden lekarz mi tego nie powiedział. Eksperymentowałam na sobie i słuchałam własnego organizmu. Szukałam w wielu dostępnych źródłach informacji na temat aktywności pacjenta onkologicznego. Oprócz zachęty do ruchu nie znalazłam nic, co potwierdziłoby moje działania. Jestem żywym przykładem królika doświadczalnego.
-
Zobacz też: Róża, która wyrosła z betonu
Twoim życiowym mottem jest: Pozytywne myślenie. W jakim stopniu było ono pomocne przy tej walce?
Pozytywne myślenie jest podstawą leczenia onkologicznego. Oczywiście, jest również strach przed chorobą, lęk o jej przebieg, ale warto, a nawet trzeba popracować nad głową. Ważne jest, by poukładać sobie chorobę, oswoić ją na tyle, by była częścią naszego życia, bo przecież to ona właśnie warunkuje nasze działania, możliwości a w rezultacie efekty leczenia.
Co czułaś, stojąc na starcie zawodów pierwszy raz po chorobie?
Dwa miesiące po operacji stanęłam na starcie biegu na 5 km, po którym nabrałam wiary w to, że mogę wszystko. Choć ważniejszy był dla mnie start w półmaratonie zaraz po zakończeniu chemii. Wtedy czułam ogromne wsparcie biegowych przyjaciół, w których asyście dotarłam do mety i po prostu rozpłakałam się ze szczęścia i trochę z żalu nad sobą, że muszę przez to wszystko przechodzić.
Co powiedziałabyś innym kobietom, które właśnie dowiadują się o chorobie?
Żeby mimo wszystko próbowały żyć jak do tej pory. Oczywiście choroba i jej różny przebieg ogranicza, ale może powrót do dawnych pasji sprawi, że ten czas będzie przyjemniejszy. Warto wyznaczać sobie małe cele, których realizacja satysfakcjonuje. Warto sprawiać sobie drobne przyjemności i dostrzegać piękno otaczającego świata.
Jakie masz najbliższe plany sportowe?
Plany sportowe dotyczą zawodów lokalnych. Stawiam na triathlon, a w dalszej kolejności biegi na 5, 10 i 21 km. Chcę się raczej skupić na utrzymaniu formy niż na rywalizacji. Na pewno wezmę udział w stałych wydarzeniach mojego kalendarza biegowego jak np. bieg WINGS, Ptolemeusz, czy półmaraton Hellena.
Rozmawiał: Przemysław Schenk
fot. materiały prywatne


(1).png)






