Triathlon jako droga do równowagi

Sonia Fryske zadebiutowała w triathlonie w 2024 roku, zaczynając od zera. Dziś łączy wymagające 24-godzinne dyżury pielęgniarki z treningami i startami w największych zawodach.
Zadebiutowałaś w triathlonie w 2024 roku. Jak trafiłaś do tego sportu?
Zupełnie naturalnie, z życia. Mój chłopak od kilku lat trenuje triathlon i startuje w zawodach, a ja często jeździłam z nim jako kibic. Stałam na trasach, w strefach zmian, na mecie i obserwowałam zawodników, a szczególnie kobiety. Patrzyłam na nie z ogromnym podziwem, na ich siłę, determinację. To były dla mnie „superbohaterki”, ale także zwyczajne kobiety, które miały odwagę spróbować. Wtedy coraz częściej pojawiała się myśl: a może ja też mogę? Największą barierą było pływanie. Zaczynałam praktycznie od zera, z ogromnym stresem i niepewnością. Każdy mały postęp był dla mnie wielkim sukcesem. Kiedy w końcu poczułam, że zaczynam panować nad wodą, a strach powoli ustępuje, wiedziałam, że nie mogę się już wycofać. Skoro spełniłam warunek, który sama sobie postawiłam, czas było dotrzymać obietnicy. Debiut w 2024 roku był nie tylko pierwszym startem w triathlonie, ale przede wszystkim symbolem drogi, którą przeszłam od osoby niepotrafiącej pływać, do zawodniczki stojącej na linii startu. To doświadczenie pokazało mi, że największe ograniczenia często mamy w głowie.
Jak wspominasz debiut na 1/8IM w Żninie?
Pozytywnie, wybór tych zawodów był dla mnie dosyć oczywisty. Kilka razy byłam tam wcześniej jako kibic i już wtedy wiedziałam, że jeśli kiedyś stanę na linii startu, to właśnie tam. Atmosfera zawsze była niesamowita, przyjazna, a jednocześnie sportowo motywująca, co dla debiutanta ma ogromne znaczenie. Sam start okazał się naprawdę udany. Wszystko dosłownie dopisało, pogoda była świetna, warunki sprzyjające, a kibice dawali ogromne wsparcie na każdym etapie trasy. Czułam, że niosą zawodników i dodają energii dokładnie wtedy, kiedy zaczyna jej brakować. Oczywiście był stres, zwłaszcza przed startem pływania, to był moment największych emocji i niepewności. Kiedy już ruszyłam, adrenalina zrobiła swoje. Meta była niesamowitym przeżyciem. Ogromna radość, satysfakcja i poczucie, że naprawdę się udało. Po przekroczeniu linii mety pojawiła się myśl, której zupełnie się nie spodziewałam, że to nie był jednorazowy epizod. Wręcz przeciwnie, człowiek chciał więcej. Ten debiut tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że triathlon to coś, w czym chcę się dalej rozwijać i sprawdzać swoje granice. Więc naprawdę polecam te zawody na debiut.
-
Czytaj też: “Nie chciałam, żeby rak zakończył moją karierę”. Niewiarygodna siła Patrycji Bereznowskiej
Wcześniej próbowałaś sił w różnych dyscyplinach. Dlaczego triathlon okazał się tym właściwym?
Wcześniej rzeczywiście próbowałam wielu różnych dyscyplin i długo szukałam czegoś, w czym poczuję się naprawdę „na swoim miejscu”. Zaczynałam, jak wiele osób, od biegania. Brałam nawet udział w kilku biegach, ale dość szybko zorientowałam się, że samo bieganie nie daje mi takiej satysfakcji na dłuższą metę i z czasem z tego zrezygnowałam. Był też epizod z pole dance, bardzo wymagający sport, ale okazało się, że to nie do końca moja droga. Jeździłam także na rowerze, jednak raczej rekreacyjnie i niezbyt często, głównie dla przyjemności, bez większego planu treningowego. Każda z tych aktywności była ciekawym doświadczeniem, ale żadna nie zatrzymała mnie na dłużej. Triathlon okazał się tym właściwym sportem chyba właśnie dlatego, że jest tak różnorodny. Lubię go za to, że każdego dnia mogę robić coś innego, jednego dnia biegam, innego idę na basen, a kolejnego wsiadam na rower. Nie ma rutyny i nudy, a jednocześnie wszystko składa się w jedną spójną całość. Ta zmienność mi odpowiada i sprawia, że motywacja utrzymuje się na wysokim poziomie. Myślę, że właśnie dlatego triathlonem zajmuję się najdłużej ze wszystkich sportów, których próbowałam.
Jak pomocne w Twojej triathlonowej przygodzie jest to, że Twój partner też jest triathlonistą?
Jest to dla mnie ogromnie pomocne. Nie ma chyba nic lepszego niż dwie osoby, które trenują ten sam sport i dokładnie rozumieją, z czym się to wiąże. Jest duża wyrozumiałość dla zmęczenia, gorszego dnia, podporządkowania planu dnia pod trening czy zawodów wpisanych w kalendarz. Nie trzeba niczego tłumaczyć ani usprawiedliwiać, bo oboje wiemy, jak wygląda triathlonowa codzienność. Dużym plusem jest też to, że często możemy trenować razem. Zawsze raźniej zrobić trening w dwie osoby, łatwiej się zmotywować, czas szybciej mija, a czasem można się wzajemnie „pociągnąć”, kiedy komuś brakuje energii. To daje też poczucie wspólnej drogi oraz celu. Oczywiście są też minusy, głównie logistyczne. Podróże i zawody bywają wyzwaniem, spakowanie dwóch rowerów, sprzętu, strojów oraz wszystkiego, co potrzebne na start, potrafi być naprawdę skomplikowane. Na szczęście tutaj mogę liczyć na mojego partnera, bo to on zajmuje się moim rowerem i całą techniczną stroną, co jest dla mnie ogromnym odciążeniem.
-
Przeczytaj też: Szymon Makuch: ultramaratończyk, który biegiem niesie pomoc
Łączysz sport z wymagającą pracą. Czym zajmujesz się na co dzień?
Na co dzień pracuję jako pielęgniarka w Pracowni Hemodynamikii. Jest to wymagające i odpowiedzialne miejsce, gdzie wykonywane są specjalistyczne zabiegi, takie jak koronarografie, angioplastyki, ablacje serca czy wszczepienia stymulatorów. To praca, która wymaga pełnego skupienia, precyzji oraz szybkiego reagowania, bo często od decyzji podejmowanych na sali zależy zdrowie, a nawet życie pacjenta. Przy każdym zabiegu na Sali zabiegowej wykorzystywane są promienie rentgenowskie. Wiąże się to z koniecznością noszenia fartucha ołowianego ważącego ok. 5 kg. Przy wielogodzinnych procedurach naprawdę daje to się we znaki, szczególnie plecom i nogom, które czasami „dostają w kość” bardziej niż na treningu. Dodatkowo jest to stresująca praca, bo nigdy nie wiadomo, co wydarzy się w trakcie zabiegu. Każdy dzień może przynieść nieprzewidziane sytuacje i wymagać pełnej gotowości. Mimo zmęczenia oraz presji to zajęcie daje mi dużą satysfakcję i poczucie sensu, a sport zwłaszcza triathlon jest dla mnie najlepszym sposobem na odreagowanie stresu i zachowanie równowagi między pracą a życiem prywatnym.
Co jest najbardziej wymagające w tej pracy?
Najbardziej wymagające w tej pracy są zdecydowanie stresujące sytuacje. Trafiają do nas pacjenci w różnych stanach, w tym osoby z ostrymi zawałami serca, gdzie każda minuta ma ogromne znaczenie i nie ma miejsca na błędy czy chwilę zawahania. W takich momentach presja jest naprawdę duża, a jednocześnie trzeba zachować pełne opanowanie i działać bardzo precyzyjnie. Dużym wyzwaniem jest również praca w nocy. Często pracuję w systemie 24-godzinnym, co mocno obciąża organizm i wymaga dużej odporności fizycznej oraz psychicznej. Niezależnie od pory dnia czy nocy trzeba być w pełni skoncentrowanym, bo podczas zabiegów skupienie jest absolutnie kluczowe. Dodatkowym obciążeniem jest też aspekt fizyczny pracy. Podczas zabiegów nosimy fartuch ołowiany ważący około 5 kg, co przy dłuższych procedurach znacząco obciąża kręgosłup i nogi. Wszystkie te elementy razem sprawiają, że jest to wymagająca praca, ale jednocześnie ucząca odpowiedzialności, odporności na stres i szybkiego podejmowania decyzji.
W jaki sposób udaje Ci się łączyć pracę ze sportem?
Łączenie pracy ze sportem nie zawsze jest łatwe, zwłaszcza pod względem logistycznym, a zmęczenie często daje o sobie znać. Dyżury, szczególnie te 24-godzinne, potrafią mocno obciążyć organizm i wymagają dużej elastyczności w planowaniu treningów. Mimo to zauważyłam, że paradoksalnie im więcej człowiek ma na głowie, tym lepiej potrafi się zorganizować. Z góry wiem, że jeśli czeka mnie dyżur 24h, to poranny trening zaczyna się wcześnie, często już o 5 rano. Logistycznie najłatwiej wtedy zrobić rower, więc odpalam trenażer, robię zaplanowaną jednostkę, szybka kąpiel i jadę do pracy. Dzięki temu mam poczucie, że trening jest „odhaczony” i nie muszę się nim martwić po ciężkim dyżurze. Są też takie dni, kiedy po prostu nie wstaję. To też nie jest tragedia. Nauczyłam się słuchać organizmu i akceptować fakt, że regeneracja jest równie ważna jak sam trening. Kluczem do łączenia pracy ze sportem jest dla mnie elastyczność, dobra organizacja i brak poczucia winy wtedy, gdy trzeba odpuścić.
Wielokrotnie musiałaś godzić 24h dyżury z triathlonem. Jak to wychodziło w praktyce?
W praktyce bywa różnie i trzeba to powiedzieć wprost, czasami po prostu się nie udaje. Nie traktuję tego jako powodu do załamania czy frustracji. Jeśli trening nie wchodzi w grę, uznaję taki dzień za regeneracyjny, chociaż przy 24-godzinnym dyżurze w pracy ciężko w ogóle nazwać go dniem regeneracji. Mimo wszystko wiem, że organizm też ma granice i nie zawsze da się je przesuwać. Najczęściej jednak wygląda to tak, że trening robię rano, jeszcze przed dyżurem. Zazwyczaj wybieram rower, bo logistycznie jest to dla mnie najprostsze, siadam na trenażer, robię zaplanowaną jednostkę. Basen teoretycznie jest otwarty od 6, ale przy dyżurach praktycznie mi się to nie zdarza, bo wtedy wszystko jest „na styk”. Po takim poranku często śmieję się, że w pracy wyglądam jak panda, bo przez cały dzień mam worki pod oczami. Wiosną i latem częściej zdarza mi się wstać o 5 rano na bieganie, natomiast zimą jest to zdecydowanie trudniejsze. Chyba że mówimy o bieżni, ale i to raczej sporadycznie. Ogólnie nie jest łatwo połączyć 24-godzinne dyżury z triathlonem, bo jeśli nie zrobię treningu rano, to później zazwyczaj już go nie wykonam. Dlatego kluczowe są dla mnie poranki, dobra organizacja i duża elastyczność w podejściu do planu.
Czego nauczył Cię triathlon, co też zaowocowało w kontekście pracy?
Triathlon nauczył mnie przede wszystkim tzw. odpuszczania i większego luzu. Kiedyś miałam tendencję do tego, żeby wszystko robić „na 100% albo wcale”, a ten sport szybko pokazał mi, że nie zawsze da się zrealizować plan idealnie i że to jest w porządku. Czasem trening trzeba skrócić, odpuścić lub zmienić jednostkę na inną i świat się od tego nie kończy. To podejście przełożyło się również na moją pracę. Dzięki triathlonowi stałam się też zdecydowanie lepiej zorganizowana. Przy łączeniu wymagającej pracy, dyżurów 24h i treningów nie da się funkcjonować bez planowania. Lepiej zarządzam czasem, szybciej podejmuję decyzje oraz potrafię ustalać priorytety. W pracy pomaga mi to zachować spokój w stresujących sytuacjach i skupić się na tym, co w danym momencie jest najważniejsze. Triathlon dał mi też większą odporność psychiczną i dystans. Nauczył mnie, że nie na wszystko mam wpływ, ale na swoje podejście, już tak. To jest lekcja, która mocno procentuje w sporcie i w codziennej pracy.
Dzięki pracy w szpitalu masz większą świadomość dbania o zdrowie. W jaki sposób najlepiej zadbać o nie, w przypadku sportowców?
Świadomość dbania o zdrowie rzeczywiście jest duża, to prawda, bo w pracy w szpitalu często widzę, że wielu ludzi dopiero wtedy uświadamia sobie, że mogli prowadzić życie inaczej, lepiej się odżywiać, kontrolować wyniki, słuchać organizmu. W teorii wszyscy tak myślą, że „tak jest”, ale w praktyce niestety bywa inaczej. Gdybym miała coś powiedzieć osobie początkującej w sporcie, to przede wszystkim: rób badania krwi. Sama trochę to zaniedbałam, bo wiadomo, szewc bez butów chodzi. W sierpniu miałam okres, kiedy kompletnie nie chciało mi się trenować, czułam spadek energii i zamiast od razu zrobić badania, zrzucałam to na pracę czy zmęczenie. Okazało się później, że miałam po prostu niski poziom ferrytyny, co mocno wpływało na mój stan i wydolność. Dlatego badania to absolutna podstawa dla każdego sportowca, pozwalają wychwycić niedobory, zaburzenia lub przeciążenia, zanim pojawią się poważniejsze problemy. Dzięki nim można nie tylko trenować efektywniej, ale też dbać o zdrowie w dłuższej perspektywie. Profilaktyka i regularna kontrola organizmu są w sporcie kluczowe.
W jaki sposób zmienił Cię triathlon?
Triathlon zmienił mnie w wielu aspektach fizycznie i mentalnie. Przede wszystkim nauczył mnie cierpliwości oraz konsekwencji. To sport, w którym postępy przychodzą powoli i wymagają systematycznej pracy, a każdy trening, nawet ten „gorszy”, ma znaczenie. Dzięki temu stałam się wytrwalsza nie tylko w sporcie, ale też w codziennym życiu i pracy. Triathlon nauczył mnie również lepiej zarządzać sobą, czasem trzeba odpuścić, czasem przycisnąć, zawsze trzeba słuchać organizmu. Dzięki temu zyskałam większy spokój i dystans, a stresujące sytuacje nie wytrącają mnie już tak łatwo z równowagi. Poza tym zmienił moje podejście do własnych granic. Kiedyś wiele rzeczy wydawało mi się niemożliwych, dziś wiem, że przy odpowiednim podejściu i konsekwencji można je przesunąć. Triathlon dał mi też ogromną radość z ruchu i różnorodności treningów. Dzięki niemu każdy dzień jest inny, a to sprawia, że czuję się pewniejsza i bardziej spełniona.
-
Zobacz też: Rafał Majka – życie pod górę
Jak ważne jest mieć sportową odskocznię w obliczu tak wymagającej pracy?
Sport pozwala mi oczyścić głowę, spojrzeć na problemy z dystansem i odzyskać równowagę. Triathlon daje mi poczucie kontroli nad własnym ciałem oraz umysłem. Kiedy biegam, płynę czy jadę na rowerze, wszystkie stresy dnia codziennego zostają na chwilę z tyłu. To moment, w którym mogę skupić się tylko na sobie i własnych celach. Dzięki sportowej odskoczni staję się też bardziej odporna na stres w pracy. Łatwiej mi zachować spokój w trudnych sytuacjach, podejmować decyzje i być skupioną na tym, co naprawdę ważne. Dla mnie triathlon to nie tylko sport, ale też sposób na utrzymanie równowagi oraz energii w obliczu wymagającej codzienności. Triathlon zmienił też moje podejście do codziennych spraw. Przede wszystkim przestałam się przejmować wieloma rzeczami, na które wcześniej traciłam energię. Po prostu nie mam już czasu zaprzątać sobie głowy drobnymi problemami czy głupotami. Ten sport nauczył mnie skupiać się na tym, co naprawdę ważne w treningu i w życiu codziennym. Dzięki temu czuję się spokojniejsza.
Twoim celem był tegoroczny start w legendarnych zawodach Challenge Roth. Jak wrażenia?
Start w Challenge Roth to było absolutnie wyjątkowe doświadczenie, jedne z najlepszych zawodów, na których miałam okazję kibicować i startować. Przyznam się, że byłam tak zestresowana, że żałuję, iż nie mam tylu zdjęć i filmików, które mogłabym później wspominać. Organizacja oraz całe zawody były imponujące. Nie dziwię się, że Challenge Roth tak często wygrywa w plebiscytach, mieszkańcy naprawdę żyją tym wydarzeniem, nikt nie narzeka na zamknięte drogi, a atmosfera jest niesamowita. Samo expo było jednym z największych w Europie, a ja miałam okazję spotkać wielu profesjonalnych triathlonistów. Do dzisiaj, gdy myślę o tych zawodach, mam ciarki. Każdy etap był wyjątkowy. Pływanie w rzece było fajne i dodało adrenaliny, trasa rowerowa wymagająca, ale kibice na każdym odcinku tak motywowali, że momentami zapominało się o zmęczeniu. Słynny podjazd na Solar Hill to dopiero było przeżycie, kibice tworzą prawdziwy „tunel” dla rowerzystów, krzyczą, dopingują, co daje ogromnego kopa. Trasa biegowa również pełna kibiców, którzy cały czas wspierają zawodników. Każdemu, kto ma okazję tam wystartować, naprawdę polecam te zawody. Mogłabym jeszcze długo opowiadać o detalach i niesamowitych momentach, bo każde doświadczenie tam było wyjątkowe oraz niezapomniane. To będą zawody, które naprawdę będę długo wspominać.
Po spełnieniu tego założenia jakie masz marzenia sportowe?
Kolejnym moim sportowym marzeniem są oczywiście mistrzostwa świata w Ironmanie, na dystansie pełnym i krótkim. Myślę, że zdobycie kwalifikacji na Hawaje to marzenie praktycznie każdego triathlonisty i dla mnie również jest to cel, do którego dążę. Wiem, że może to być długa i wymagająca droga, ale wierzę w proces, w systematyczną pracę i w to, że konsekwencja w końcu przyniesie efekty. Dla mnie najważniejsze jest cieszyć się każdym krokiem tej drogi i rozwijać się zarówno fizycznie, jak i mentalnie.
Rozmawiał: Przemysław Schenk
fot. materiały prywatne


(1).png)







