Triathlon jako sposób na odkrywanie świata

Dla Agnieszki i Piotra zawody są czymś więcej niż walką z czasem. Każdy start staje się pretekstem do poznawania nowych miejsc, lokalnych smaków i ludzi. Od Borów Tucholskich po Nową Zelandię udowadniają, że triathlon może być nie tylko sportową pasją, ale także sposobem na wspólne życie i podróżowanie.
W jaki sposób w waszym życiu pojawił się triathlon?
Agnieszka Wrońska: To był dość nietuzinkowy prezent urodzinowy od naszych dobrych przyjaciół. W moim przypadku to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. W trzy miesiące musiałam nauczyć się pływać właściwie od zera… i raczej na mecie cieszyłam się że już jest „po”. Swoją drogą pływanie na debiucie w Szczecinie w Odrze było nieco przerażające… Teraz można się śmiać, ale wciąż pamiętam, jak przy pierwszym starcie wszystko jest nowe i stanowi wyzwanie. Nawet ogarnięcie stref zmian nie było wtedy oczywiste. Choć Piotrek miał chyba wtedy okres zdobywania nowych odznak, bo chwilę po tym debiucie na ¼ wymyślił, że już zobaczyliśmy „czym to się je”, więc może trzeba sprawdzić „połówkę” [śmiech]. I raptem kilka tygodni później wystartowaliśmy w Przechlewie. Z perspektywy czasu można powiedzieć „na spontanie”, ale i to jakoś przeżyliśmy.
Piotr Lachowicz: Tak, rzeczywiście w swojej nieświadomości, bez przygotowania specyficznego pod triathlon, stwierdziliśmy, że 1/2IM to dobry pomysł. Całe szczęście byliśmy w dość rozsądnej formie, w innym przypadku to byłaby głupota. To nas wciągnęło na tyle, że rok później, jak tylko latem uruchomiły się pierwsze „covidowe” zawody, stanęliśmy znów na linii startu. I tak już zostało.
Dla jednych ważne są wyniki, inni stawiają na przyjemność z samych startów. W waszym przypadku mówimy o turystyce triathlonowej. Jakie kraje przy okazji zawodów udało się już zwiedzić?
Agnieszka: Tak, to prawda, my od zawsze lubiliśmy odwiedzać nowe miejsca i kraje, urlopy zawsze spędzaliśmy aktywnie na wyjazdach. Więc turystyka triathlonowa chyba nam też była pisana. To, co jest świetne w Polsce, to duża popularność imprez triathlonowych w różnych regionach. Więc dzięki temu udało się nam odwiedzić miejsca, których sami pewnie byśmy nie wymyślili, a była ku temu startowa okazja. Jak jedziemy gdzieś na wakacje, nawet bez zamiarów startowych, to i tak nam wychodzi „zwiedzanie przez bieganie”, bo spakować buty i spodenki do biegania to najprostsza rzecz, jaką można zrobić. Prawie zawsze znajdziesz jakiś fajny kawałek, żeby rano zrobić trening biegowy. Choć ostatnio mieliśmy duże wyzwanie w toskańskim Montepulciano, gdzie musieliśmy samochodem zjeżdżać na dół doliny, żeby złapać jakiś choć ciut bardziej płaski kawałek na zadany trening.
Piotr: W ogóle to „zwiedzanie przez bieganie” to świetna sprawa. Wstajesz rano i idziesz się przebiec, biegniesz 10, 15 czy nawet 20 kilometrów po nowych miejscach, jesteś w stanie zobaczyć to co okolica ma fajnego do zaoferowania – jakąś część miasta, nadrzeczne bulwary, nadmorskie promenady, post-industrialne wymarłe dzielnice, pagórkowate winnice, pustynne drogi po horyzont czy nawet fiordy… spacerując każda taka trasa zajęłaby cały dzień albo i dwa. Plus rzeczywiście jest to świetny pretekst do odwiedzenia nowych miejsc… możecie się ze mnie śmiać, ale ja przez 40 lat nigdy nie byłem w …. Poznaniu. Wiem, wstyd. Tu wpadł kiedyś start w maratonie. Potem start triathlonowy. Potem kolejne. I duathlony. I obozy sportowe naszego teamu MBC Maćka Bodnara. I tak jakoś się złożyło, że Poznań stał się naszą mekką sportową, takim miejscem gdzie zawsze dobrze się czujesz, masz przyjaciół i znajomych, gdzie jest po prostu fajnie. Stamtąd zawsze wracamy uśmiechnięci z zawodów, nawet jeśli nie wszystko akurat nam wyszło.
-
Czytaj także: Od olimpijskich basenów do rekordów świata
Jak to wygląda w przypadku zagranicznych podróży?
Agnieszka: Kiedy wyjeżdżamy lub lecimy gdzieś dalej na zawody, to zawsze staramy się dołożyć co najmniej kilka dni po starcie, żeby właśnie móc zobaczyć coś więcej, móc spróbować lokalnej kuchni – bo przed jednak trzeba trzymać się pewnych rygorów, czy się po prostu poszwendać – bo znów, przed startem to trener za bardzo nie pozwala i teraz już wiemy, że ma absolutną rację. Czasem to jest jeden szybki dzień na rozpoznanie czy warto w tę okolicę wrócić, tak zrobiliśmy na przykład w Helsinkach po moim starcie na Mistrzostwach Świata Ironman 70.3 w Lahti. Innym razem zawody wpletliśmy w miejsce, które było od jakiegoś czasu na naszej liście, czyli legendarna prowansalska góra Mount Ventoux. Kto jeździł na Zwift’ie to zna dobrze ten podjazd.
Piotr: Fakt, to było na roztrenowaniu po jak zawsze rewelacyjnych zawodach Ironman 70.3 w Poznaniu. Aga wiele razy mówiła, że chciałaby pojechać kiedyś w takie miejsce jak Prowansja, zmierzyć się z tą kultową górą. Patrzę, a tam zaraz jest triathlon Ventouxman, taka trochę dłuższa „połówka”, przez Francuzów nazywana „triathlon L”. W ramach trasy rowerowej wjeżdża się między innymi na Mount Ventoux i to klasyczną, najtrudniejszą trasą z Bedoin. Więc nie myśląc wiele, zapakowaliśmy rowery szosowe do samochodu i tydzień później wystartowaliśmy. Na luzie, bez oczekiwań na wynik, ale za zgodą trenera. Swoją drogą zawody przy wiejącym mistralu to było niesamowite przeżycie, jedne w swoim rodzaju [śmiech]. Muszę też przyznać, że nie polecam francuskiej organizacji zawodów sportowych. Z perspektywy czasu to w ogóle uważamy, że z punktu widzenia organizacyjnego to w Polsce stoimy na najwyższym światowym poziomie, nawet w małych czy lokalnych imprezach. Wiele innych krajów powinno się od nas uczyć.
-
Zajrzyj do: Łobuz, który został mistrzem
Agnieszka: Wracając do triathlonowej podróży, zdarza nam się wybierać też miejsca, które już widzieliśmy, ale zawsze z chęcią wracamy – na przykład portugalskie Cascais pod Lizboną – to chyba najlepsze owoce morza na świecie. Więc jak okazało się, że po walkę o slota możemy pojechać właśnie tam, nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Z perspektywy czasu nie wiem czy bym polecała same zawody ze względu na ciasną i miejscami jednak niebezpieczną trasę rowerową (choć to może uległo już poprawie po naszej edycji z dużymi wypadkami), ale nasz cel został osiągnięty – zdobyłam tam kwalifikacje (Piotrek miał już swoją wywalczoną chwilę wcześniej) i to był chyba początek, naszej najwspanialszej przygody triathlonowej… Wiedzieliśmy, że rok później lecimy na wspólny start w Mistrzostwach Świata Ironman 70.3 w Taupo w Nowej Zelandii. To był niezapomniany powrót do miejsca, w którym byliśmy turystycznie kila lat wcześniej. Propos zwiedzania przez bieganie to w Auckland zrobiliśmy sobie poranny bieg coast-to-coast przez kilka wulkanicznych stożków, pomiędzy którymi rozpościera się to miasto, ale wtedy mieliśmy za mało czasu, żeby zobaczyć większą część tego wspaniałego kraju. I tak Nowa Zelandia trafiła na listę „kiedyś tu wrócimy”, z dopiskiem „na pewno”.
Piotr: Wyjazd do Nowej Zelandii to rzeczywiście była wielka podróż. W sumie spędziliśmy tam kilka tygodni, zaczęliśmy od zimnych, górskich miasteczek i fjordów na południu. Pamiętam, jak po wylądowaniu w Queenstown na początku tamtejszego lata zaskoczyły nas … temperatury bliskie zera. Trzeba było trenować do zawodów, a nie było już tak dużo czasu. Zaletą tamtych okolic był znikomy ruch samochodowy, więc może na open water nie było co liczyć (choć miejscowi się już kąpali), ale przynajmniej można było podziwiać przepiękne widoki na długich treningach. Później jechaliśmy już tylko na północ, więc im dalej tym cieplej. Poza krajobrazami w Nowej Zelandii jest jeszcze jedna niesamowita rzecz, gdzie się nie ruszysz tam znajdziesz jakieś miejsce, gdzie Peter Jackson kręcił Władcę Pierścieni. Oni to nawet oznaczają na mapach. Jak dojechaliśmy już do Taupo na mistrzostwa, to okazało się, że na trasie wyścigu przez cały czas na horyzoncie majaczy Góra Przeznaczenia – kto oglądał film lub czytał Tolkiena ten wie. W sumie to niedaleko był nawet Hobbiton ale to nie było na naszej trasie więc nie tym razem.
Agnieszka: Tak, rzeczywiście, te kilka tygodni w Nowej Zelandii to była wspaniała wyprawa, od zimnych fiordów i gór południa, poprzez niezamieszkałe pustkowia wybrzeża zachodniego, przepiękne zatoki cieśniny Cooka, wygasłe wulkany na Wyspie Północnej i centra kultury Maorysów aż po jedne z najlepszych na świecie miejsc nurkowych u wybrzeży Poor Knights Islands. No i do tego winnice w regionach dużo ciekawszych niż tak popularne u nas Marlborough, świetniej jakości lokalne produkty.
-
Przeczytaj też: Medale dają radość. Głowa decyduje, jak długo trwa
Które miejsca najbardziej zapadły wam w pamięci?
Agnieszka: Triathlonowo? To chyba Bełchatów? [śmiech] Z unikalną trasą pomiędzy hałdami węgla i pływaniem chyba w dawnym zbiorniku przeciwpożarowym. Pierwsze covidowe zawody, gdzie wszyscy w maseczkach w autobusie nas wiozącym do strefy startowej, podejrzliwie patrzyli na każdego, co kaszlnął. Tego chyba już się nie da powtórzyć, może i zresztą dobrze. Na poważnie, to na pewno właśnie nasz powrót do Nowej Zelandii i możliwość przejechania przez niemal cały kraj. To była jedna z wypraw naszego życia. Mimo że mieliśmy możliwość spędzenia tam ponad miesiąca, to został nam ciągle niedosyt, więc może kiedyś uda się nam tam znów wrócić. Ciągle jest wysoko na liście „kiedyś tu wrócimy” bo jak widać, zdecydowanie jest po co.
Co było takim punktem zwrotnym, w którym triathlon stał się częścią Waszego życia?
Agnieszka: To też dobre pytanie, nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam. U mnie chyba pierwsza kwalifikacja na Mistrzostwa Świata IM 70.3 do Lahti, którą wywalczyłam w Poznaniu w 2022 roku. Był to dla mnie jak grom z jasnego nieba, bo wcześniej nie miałam żadnego konkretnego planu treningowego. Jeździłam na zwykłej szosie, nawet bez lemondki, uważałam się za totalnego laika, który po prostu czasem jechał na zawody i starał się tam dać więcej niż na niedzielnym coffee ride. To wtedy podjęłam decyzję, że najwyższa pora skorzystać z doświadczenia i opieki trenerskiej (pozdrawiania dla Macieja!). Okazało się, że to jest proces poznawania siebie w który wsiąkłam na dobre, a triathlon na stałe wtargnął do naszego życia. Nie jako jakiś jednoroczny zryw, nie jako ciągłe trenowanie pod wyniki, ale bardziej jak filozofia świadomego życia i wyborów, które wierzymy, że będą nam procentować w przyszłości. Zaczynając właśnie od ustrukturyzowanych treningów, żywienia, regeneracji… Jeśli dochodzisz do takiego momentu, że brak treningu powoduje u ciebie niedosyt, to chyba już nie ma odwrotu.
W jaki sposób wspólna triathlonowa pasja wpływa na was jako parę?
Piotr: W sumie to zawsze dzieliliśmy wspólne hobby, które rozwijały się wraz z nami. To od dawna był nasz sposób na spędzanie wspólnie czasu. Tylko że triathlon w pewnym momencie przeszedł na poziom wyżej niż po prostu kolejne hobby. Stał się częścią zarówno codziennej rutyny jak i naszego wspólnego życia. Na pewno pomaga to, że jesteśmy w tym razem. Nie ma w domu dyskusji czy pretensji o te długie godziny spędzone na treningach, czy koniecznie trzeba, po co itp. Tak zwane rozjazdy, czyli spokojną jazdę „w tlenie”, w zasadzie jeździmy razem – wystarczy, że Aga jedzie za mną, korzysta z aerodynamiki i efektu draftu. Więc nawet przy jej mniejszej mocy możemy utrzymać podobne tempo. Polecam wszystkim trenującym parom. No i ponad wszystko wspólny trening to nie tylko możliwość pojechania razem na kawę w Górze Kalwarii, ale też i bezpieczeństwo.
Agnieszka: Tak jeździmy razem, choć muszę się czasem trochę mocniej zbierać, żeby utrzymać się na jego kole [śmiech]. Od kilku lat Piotrek już nie chce ze mną biegać, więc w sumie mam wtedy więcej czasu na myślenie. Patrząc szerzej, poza treningiem to ciągle muszę być gotowa na pytanie z serii „co jemy”, bo mówi się, że trudno wyżywić dorastających nastolatków – to niech ktoś spróbuje wyżywić parę triathlonistów w intensywny weekend treningowy. Powodzenia. Od zawsze lubimy dobre jedzenie, ale do restauracji już praktycznie przestaliśmy chodzić, bo po pierwsze chyba byśmy zbankrutowali, a o po drugie na szczęście dobrze gotujemy sami. Wiemy, co wkładamy do przysłowiowego garnka, a makroskładniki muszą się też mniej więcej zgadzać. Więc rozwijam się jako domorosły kucharz-dietetyk, co zrobić.
Piotr: Są też takie przyziemne aspekty, o których normalnie się nie myśli. Triathlon to wbrew pozorom dużo sprzętu, zarówno tego zalegającego wszędzie w domu jak i tego, który trzeba zapakować na wyjazd. A dla dwójki zawodników to już zaczyna być nierzadko wyzwanie. Zaczynając od tego, że parę lat temu przemeblowaliśmy salon, wyrzuciliśmy narożnik na rzecz stałego miejsca na 2 trenażery przed telewizorem. Idąc dalej cała logistyka, czy to na zwykły wyjazd czy zawody… cały czas zadajemy sobie pytanie czemu jeszcze nie mamy co najmniej camper vana i jak nam się to wszystko też mieści [śmiech]. No ale mamy już kilka lat doświadczenia w tej naszej turystyce.
Poza triathlonem kolekcjonujecie też wina. W jaki sposób łączycie te hobby?
Agnieszka: Kolekcjonujemy, choć siłą rzeczy coraz więcej butelek dojrzewa i czeka na jakieś specjalne okazje. Nadal jadąc gdzieś na zawody, potrafimy odwiedzić kilka winnic i winotek, odkryć ciekawe wina, zrobić większe zakupy i upchnąć je gdzieś pomiędzy rowerami [śmiech]. Na przykład wracając z „połówki” w chorwackim Porecu, po drodze zajechaliśmy do dwóch czy trzech winnych regionów Austrii przywożąc spore zapasy tamtejszego „zimnego” Savignion Blanc, Rieslinga i Gruner Veltlinera. W zeszłym roku nasz wyjazdu do słowackiego Samorin na Mistrzostwa Challenge zakończył się nad pięknym węgierskim Balatonem, który wiadomo, że jest „po drodze” do Polski [śmiech], a gdzie na północnym brzegu znaleźć można stare stożki wulkaniczne i świetne wulkaniczne wina, w Polsce bardzo mało znane. Inne destynacje jak Prowansja, Toskania czy Nowa Zelandia – to mówi samo za siebie, choć mało kto wie, że np. w Nowej Zelandii są też świetne czerwone wina. Jako osoby mocno zwracające uwagę na zdrowy styl życia, ale też i uważnie słuchające swojego ciała. Nie sięgamy już teraz zbyt często po kieliszek. Natomiast definitywnie uprawiamy ten sport dla przyjemności, nie dla wyrzeczeń. Można pojechać do Argentyny na najlepsze steki świata i nie spróbować tamtejszego Malbeca czy innych win z górskich winnic w Andach, tylko po co.
Piotr: Tak, wino to nasze inne hobby, sporo wcześniejsze niż triathlon. Ostatnio w rozmowach z znajomymi z teamu i z trenerem padły dwie ciekawe destynacje zawodów – austriackie St Polten i hiszpański kraj basków. Moje pierwsza reakcja była w stylu „super, to jedne z najlepszych winiarskich regionów w Europie”. Choć rzeczywiście, w sezonie startowym trzeba korzystać z zapasów z piwnicy bardzo oszczędnie. Wino to w sumie hobby kolekcjonerskie, wiele win zyskuje dużo, jak przeleży w dobrych warunkach kilka, kilkanaście lat. Dlatego to nie jest tak, że takie hobby się wykluczają.
Które z dotychczasowych startów tri najlepiej wspominacie?
Agnieszka: Trudne pytanie… mamy tych startów już trochę za sobą. Z rodzinnych startów to mocno nam zapadło w pamięć lokalne i super zorganizowane TriathLove w Cekcynie w Borach Tucholskich, mamy nadzieję, że jeszcze wróci na startową mapę Polski. Szybkie ściganie z fajną atmosferą to pewnie 70.3 IM w Poznaniu, choć nie wiem czemu, ale zawsze trafiałam edycję z trasą „pod wiatr”. Pływanie i bieganie „z widokiem” to niewątpliwie 70.3 World Championship IM Taupo w Nowej Zelandii, najbardziej malownicza trasa rowerowa… pewnie Charzykowy (kiedyś JBL, w tym roku te zawody wróciły w ramach serii Garmin Triathlon Tour), najgłośniejszy doping na trasie to ex aequo kultowy Susz i duathlon w Czempiniu. Tallin nas oczarował starymi dzielnicami przemysłowymi zaadaptowanymi na muzea, restauracje z vibe’em i świetną kawą…. jak widać dużo zawodów dobrze wspominamy, ale też staramy się je starannie wybierać. W końcu dla nas start to nie tylko wynik, który oczywiście daje dużo satysfakcji, ale znacznie mniej zapada w pamięć, niż ciekawe miejsce, z dobrą atmosferą i super organizacją zawodów na bezpiecznych trasach. Czasem nawet myślimy o zrobieniu jakiegoś porządnego, niezależnego rankingu, żeby każdy mógł łatwiej znaleźć to, co lubi w zawodach najbardziej.
Jakie macie plany triathlonowe?
Agnieszka: Dalej się dobrze bawić i mieć satysfakcję z tego co robimy, spotykać fajnych ludzi z podobną zajawką na życie, a przy okazji budować kapitał na dalsze lata w zdrowiu, bo ponoć sport to jeden z lepszych sposobów na tworzenie nowych połączeń neuronowych, a dobra baza VO2max pomoże nam w zachowaniu aktywności przez kolejne lata.
Piotr: Chwilę temu na zawodach Challenge w Gdańsku udało się nam obojgu zdobyć sloty na Challenge Roth 2027. Patrząc na relacje znajomych z tegorocznej edycji ten start zapowiada się wręcz epicko… W sumie to planujemy jeszcze w tym roku start na Mistrzostwach Polski w Malborku. Sam nie wiem jak to się stało, po debiucie na pełnym dystansie powiedziałem sobie, że to nie jest mój dystans i wracam jednak do połówek… a teraz jesteśmy już na dwa takie kolejne starty zapisani, i to z rocznym wyprzedzeniem… zupełnie nie tak jak my [śmiech]. Trzymajcie za nas kciuki!
Rozmawiał: Przemek Schenk
fot. materiały prywatne

.png)











(1).png)