Zielone Piekło, które pokochali kolarze – 24 godziny bólu, emocji i pasji na Nürburgringu

Rad am Ring to nie tylko wyścig. To ekstremalne przeżycie, które łączy pasjonatów dwóch kółek na jednym z najbardziej niebezpiecznych torów świata. Legendarny Nürburgring na 24 godziny staje się świątynią kolarskiej wytrzymałości. A każdy, kto choć raz przejedzie przez „Zielone Piekło”, już zawsze będzie chciał tam wrócić lub… nie.
Przez dekady tor Nürburgring był świadkiem wielkich pojedynków w Formule 1 i wyścigach Le Mans. Ale raz do roku jego 26-kilometrowa nitka zmienia się w arenę kolarskich zmagań – w Rad am Ring. To tu, w niemieckich górach Eifel, adrenalina ściga się z bólem, a zmęczenie z determinacją.
– To niesamowite uczucie pokonywać tak legendarną trasę. Zielone Piekło? Nazwa idealna. Każdy zjazd, każdy zakręt i każdy podjazd wżerają się w ciało i pamięć – mówi Michał Neumann z Fuchs Cycle Racing Team, który wystartował w czteroosobowej sztafecie.

Podjazd „Hohe Acht” to kolarska Golgota. Ponad 500 metrów przewyższenia na każdym okrążeniu, krótkie, brutalne nachylenia sięgające 20%. Dla wielu to właśnie tu zaczyna się prawdziwy wyścig – nie z rywalami, ale z samym sobą.
Adrenalina, która nie zna zmierzchu
Rad am Ring nie kończy się po kilku godzinach. Trwa całą dobę – dzień i noc, w deszczu, w chłodzie i w mgle, zmagając się z ciemnością i brakiem snu.
– W nocy pojechałem dwa okrążenia z rzędu. Pędząc 75 km/h w ciemnym lesie, tylko z własną lampką i setkami światełek przede mną, poczułem coś, czego nie da się porównać z żadnym innym wyścigiem – opowiada Neumann. – Na jednym ze szczytów grała muzyka, DJ puszczał bity, wszędzie kolorowe światła. Czułem się jak na festiwalu sportu i życia.

To właśnie noc na Nürburgringu sprawia, że Rad am Ring nabiera wyjątkowego klimatu. Kiedy nie śpisz, bo nie da się spać – śpisz w boksie, na karimacie, w śpiworze w garażu wyścigowym. I czekasz na swoją zmianę. Każde „Ready?” w teamie brzmi jak zastrzyk motywacji.
Prędkość, która odbiera oddech
– Zjazdy zadowolą każdego. Na segmencie Fuchsröhre najszybsi osiągają ponad 100 km/h. Sam miałem 90 km/h i czułem, że jadę jak w F1 na rowerze – relacjonuje Piotr Barylak. – Ale za chwilę z euforii spadasz w ból, bo wjeżdżasz w ścianę Hohe Acht. Tu nawet najlepsi czują pokorę. To właśnie ta brutalna mieszanka czyni ten wyścig tak legendarnym.
Trasa pełna jest zakrętów – 90 łuków, zmiennych warunków, a pogoda potrafi w kilka minut zmienić się z sielanki w walkę z chłodem, mgłą lub ulewą. To wyścig, który nigdy nie pozwala się rozluźnić. Tu wygrywają nie ci, którzy są najsilniejsi fizycznie, ale ci, którzy potrafią cierpieć z uśmiechem.
24 godziny, które zostają na całe życie
W tym roku najlepszy z zawodników pokonał aż 28 pętli – to ponad 700 kilometrów i ponad 15 tysięcy metrów przewyższenia. Szaleństwo? Może. Ale właśnie dla takich chwil kolarze wracają na Nürburgring rok po roku.








– Ten wyścig to nie tylko sport. To przygoda, która zmienia ludzi. I więzi, które zostają na długo po tym, jak opadnie kurz z toru – mówi Michał Neumann. – „Wspólny wjazd na metę z drużyną, ze łzami w oczach, z poczuciem, że zrobiłeś coś niemożliwego – tego nie da się opisać. To trzeba przeżyć.
Zielone Piekło w kolarskim wydaniu
Rad am Ring to więcej niż bucket list event. To test wytrzymałości, taktyki i psychicznej siły. Wymaga planowania zmian, regeneracji, logistyki i ogromnej determinacji. Ale nagroda? Bezcenne wspomnienia.
Tu spotykają się byli zawodowcy, ultrasi, triathloniści i kolarze-amatorzy, którzy dopiero niedawno kupili szosówkę. Łączy ich jedno – miłość do roweru i gotowość, by zmierzyć się z własnymi słabościami.
Na Nürburgringu nie ścigasz się tylko z czasem. Ścigasz się z bólem. I to właśnie ten ból daje największą satysfakcję.
Opracował Marcin Dybuk


(1).png)



